Marta, Adam i Lena wracają po latach do domu dzieciństwa. W środku znajdują księgę z wezwaniem na strych, a nocny dom zaczyna odpowiadać na ich obecność.
Noc leżała nad wzgórzem jak rozlana sadza. Księżyc, przysłonięty chmurami, dawał tylko tyle światła, by wyłowić z ciemności zarośniętą bramę i odrapaną fasadę domu. Marta, Adam i Lena stali przed nią zbyt długo, jakby sam widok miał ich odwieść od wejścia.
Marta zacisnęła palce na starym kluczu znalezionym w pudełku po babci. Metal był zimny, a jednak przez moment miała wrażenie, że pulsuje w jej dłoni. Adam prychnął cicho, lecz jego śmiech zabrzmiał pusto.
Nie był to zwykły dom. Kiedyś byli tu dziećmi i odkryli rzeczy, których nie umieli wyjaśnić: zasuwane skrytki, zakopane notatki, przedmioty pozostawione tak, jakby ktoś wrócił tylko na chwilę i zaraz miał znów zniknąć. Potem wydarzyło się coś, co przerwało ich wspólne milczenie na całe lata. Żadne z nich nie powiedziało tego na głos, lecz wszyscy pamiętali, że ostatniej nocy w tym domu ktoś był jeszcze z nimi.
Przeszli przez ogród, rozgarniając mokre od rosy trawy. Okna patrzyły na nich martwo, a bluszcz na murach wyglądał jak poszarpane żyły. Drzwi ustąpiły po pierwszym przekręceniu klucza i jęknęły tak samo, jak wtedy, gdy jako dzieci uciekali stąd przed świtem.
W środku uderzył ich chłód i ciężki zapach kurzu. Pod nim czaiła się jednak jeszcze jedna woń, delikatna i niemożliwie wyraźna: lawenda. Zapach, który kojarzył się z dawną właścicielką domu i z czymś, czego nikt z nich nie chciał nazwać wspomnieniem.
Lena zatrzymała się pierwsza.
Na środku hallu, tam, gdzie przed chwilą nie było nic, leżała księga oprawiona w granatową skórę. Na okładce widniał srebrny symbol księżyca, pęknięty dokładnie pośrodku. Marta podniosła ją ostrożnie. Strony same zaszeleściły, choć w domu nie było przeciągu. Kartki przewróciły się i zatrzymały na krótkim zdaniu zapisanym cienkim, pochyłym pismem: „Jeśli to czytasz, godzina próby nadeszła. Prawda czeka na strychu.”
Nad ich głowami rozległ się szmer, cichy i powolny, jak przesuwanie mebla po deskach. Adam uniósł wzrok, Lena wstrzymała oddech, a Marta poczuła, jak klucz w jej dłoni robi się jeszcze zimniejszy.
Odpowiedziało jej głuche stuknięcie z piętra wyżej. Potem drugie.
Wspięli się po schodach w ciszy, którą przerywało tylko skrzypienie stopni i przyspieszony oddech Leny. Na półpiętrze Marta obejrzała się przez ramię i przez ułamek sekundy miała pewność, że w ciemnym korytarzu ktoś stoi tuż za nimi.
Na strychu panował półmrok przecięty wąskim pasmem księżycowego światła. W jego blasku stał stary kuferek, przykryty kurzem tak grubym, jakby nikt nie dotykał go od dziesięcioleci. Na wieku, obok świeżego śladu od palców, widniał ten sam znak co na okładce księgi.
Drzwi strychu zatrzasnęły się z hukiem.
A z wnętrza kuferka dobiegł wyraźny ruch.