Trójka studentów znajduje w akademiku drzwi, których nie powinno tam być. Za nimi czeka przejście do obcego świata, gdzie przestrzeń odpowiada na ich ukryte pragnienia.
Noc na kampusie była ciężka od deszczu i mokrego asfaltu. Na dziedzińcu gasły ostatnie światła, a w oknach akademika drżały pojedyncze prostokąty żółtego blasku. Lena, Michał i Sara wracali z seminarium później, niż planowali, z książkami przyciśniętymi do piersi i stygnącą kawą w papierowych kubkach. Byli zmęczeni, rozdrażnieni i zbyt przytomni, żeby od razu pójść spać.
Na szóstym piętrze czekało na nich coś, czego nikt z nich wcześniej nie widział.
Na końcu korytarza, między szarą ścianą a oknem zaklejonym deszczem, stały masywne drzwi z matowego drewna. Nie miały numeru, wizytówki ani śladu farby z remontu. Wyglądały tak, jakby ktoś wstawił je tu w nocy, bez pytania i bez sensu. Korytarz pachniał kurzem, detergentem i wilgocią, ale przy samych drzwiach unosił się inny zapach, słodki i niepokojąco znajomy.
– To tu zawsze było? – zapytała Lena ciszej, niż zamierzała.
Michał zmarszczył czoło.
– Nie.
Sara cofnęła dłoń, zanim dotknęła klamki. – Ja też tego nie pamiętam.
Lena jednak już wyciągała rękę. Chłodny metal pod palcami drgnął jak żywy. Przez moment wszyscy troje zamarli, słysząc po drugiej stronie coś na kształt oddechu. Potem drzwi same uchyliły się z głębokim, powolnym skrzypnięciem.
Za progiem nie było żadnego pokoju ani klatki schodowej. Ziała tam przestrzeń wypełniona miękkim, pulsującym światłem. Stopnie schodziły w dół, ale nie do piwnicy akademika, tylko w miejsce, które pachniało wilgotnym drewnem, miodem i czekoladą.
– Żart? – Michał próbował się uśmiechnąć, lecz głos mu zadrżał. – Instalacja? Nowy skrót? Cokolwiek?
Nikt mu nie odpowiedział. Z ciemności za drzwiami dobiegał ledwie słyszalny szmer, jakby ktoś przesuwał dłonią po wodzie.
Lena zrobiła krok naprzód. Potem drugi.
Nie odwróciła się nawet wtedy, gdy Sara chwyciła ją za rękaw. Zamiast chłodnego korytarza pod stopami poczuła drewno, które lekko ustępowało przy każdym kroku. Michał zaklął pod nosem i wszedł za nimi.
Schody urwały się nagle.
Trójka przyjaciół stała na granicy ogromnego, błękitnego lasu. Drzewa rosły wysoko i cienko, ich liście migały srebrnym blaskiem, jakby odbijały światło z nieba, którego nie było widać. Między pniami unosiły się kryształowe wieże i kawałki lądu zawieszone w powietrzu. W oddali coś śpiewało albo śmiało się cicho, trudno było odróżnić jedno od drugiego.
Za nimi drzwi zniknęły bez śladu. Zostały tylko porośnięte mchem głazy i ścieżka wijąca się między drzewami.
Sara odwróciła głowę powoli.
– Lena...
W głębi lasu przemknął cień. Nie był to zwierz ani człowiek. Zatrzymał się na skraju światła i odwrócił ku nim twarz o zbyt jasnych oczach. Potem uniósł dłoń, jakby wzywał ich bliżej.
Ścieżka pod stopami rozjarzyła się pomarańczowym, pulsującym blaskiem.