Echa w Puszczy Szmaragdowej

Troje nastolatków i pies Piorun odkrywają, że w Puszczy Szmaragdowej dzieje się coś niepokojącego. Im głębiej wchodzą między drzewa, tym bardziej las przestaje zachowywać się normalnie.

Za miasteczkiem Puszcza Szmaragdowa zaczynała się nagle, jakby ktoś przeciągnął przez mapę ciemnozieloną granicę. Domy przy jej skraju wyglądały przy niej jak dziecięce klocki, zbyt jasne, zbyt głośne, zbyt pewne siebie wobec czegoś tak starego.

Lena, Oskar i Kuba znali ten las od zawsze. A mimo to od kilku dni mijali go z rosnącym niepokojem, powtarzając sobie półgłosem, że pewnie wszystko da się wytłumaczyć. Tylko że każde kolejne „pewnie” brzmiało coraz mniej przekonująco.

Piorun pojawił się nagle na ich ścieżce, jakby wyszedł prosto z mgły. Szary, szczupły, z łagodnym spojrzeniem, które zupełnie nie pasowało do jego czujnej postawy. Nie miał obroży, nie wyglądał na zagubionego. Raczej na takiego, który wie o lesie więcej niż ludzie mieszkający obok niego całe życie.

Tego popołudnia weszli między drzewa tuż po szkole. Już po kilku krokach Lena zwolniła i uniosła dłoń. Las był za cichy. Nie słychać było szelestu skrzydeł, pojedynków sikorek, trzepotu czegoś małego i żywego w koronach. Tylko ich własne kroki i oddechy rozbijały tę ciszę.

„Słyszycie to?” zapytała szeptem. „Właśnie. Nic.”

Oskar chciał odpowiedzieć żartem, ale Piorun znieruchomiał. Uszy postawił sztywno, ogon napiął jak strunę. Kuba poczuł chłód na karku, choć powietrze było duszne i nieruchome.

Im dalej szli, tym las stawał się bardziej obcy. Gałęzie zwisały nisko, jakby próbowały zagrodzić im drogę. Mrowisko przy ścieżce wyglądało na porzucone, a na cienkiej gałęzi siedział rudzik tak bez ruchu, że mógł być tylko plamą koloru przyklejoną do kory.

„Coś jest nie tak” — powiedziała Lena. „Albo ktoś tu czegoś używał. Czegoś, co im szkodzi.”

Oskar przystanął nagle przy miękkiej ziemi. Na wilgotnym mchu odcinał się świeży ślad. Nie był podobny do żadnego, jaki znali. Za długi, zbyt wąski w jednym miejscu, jakby należał jednocześnie do sarny i wilka. Kuba wyjął telefon i zrobił zdjęcie, ale ręka drgnęła mu tak mocno, że musiał powtórzyć.

„Pokażę dziadkowi” — mruknął. „On rozpoznaje każde zwierzę z tej okolicy.”

Lena przykucnęła niżej. Ślad prowadził głębiej, ku najstarszym drzewom, tam, gdzie światło już nie wpadało między pnie. Piorun nagle warknął cicho, nisko, gardłowo. W tej samej chwili coś zaszurało w zaroślach po lewej stronie.

Wszyscy odwrócili głowy.

Między gałęziami mignęły bursztynowe oczy. Zbyt wysoko jak na lisa. Zbyt uważne jak na jelenia.

„Może wracajmy” — szepnął Kuba.

Gałęzie z trzaskiem rozsunęły się szerzej. Coś poruszyło się w ciemności, szybciej, niż powinno. Piorun napiął się do skoku, Lena cofnęła się o krok, a wtedy zza grubego dębu wyłoniła się...