Echo Gwiezdnego Kręgu

Sora, Nikodem i Lena trafiają na ukrytą bazę w marsjańskich ruinach i słyszą sygnał, który nie powinien istnieć.

Marsjański pył osiadał na ich skafandrach jak rdzawy śnieg. Sora przystanęła przy roztrzaskanej kapsule ratunkowej i poprawiła wizjer hełmu. Obok Nikodem klęczał przy metalowej skrzynce częściowo wciśniętej w piasek. Przez szczeliny pulsowało zielone światło, słabe, ale uporczywe. Lena stała nieco dalej, z dłonią przyciśniętą do pękniętej obudowy kapsuły, jakby chciała sprawdzić, czy ten wrak naprawdę istnieje.

Na powierzchnię Marsa wychodzili rzadko. Redpoint trzymało ich zwykle pod kopułą stacji, w bezpiecznych korytarzach, między lekcjami a naprawami filtrów. Tym razem wymknęli się po coś więcej niż przygodę. Od tygodni komunikacja rwała się w tych samych godzinach, jakby ktoś po drugiej stronie próbował wcisnąć się w ich kanał. Dorośli wzruszali ramionami. Sora nie potrafiła.

Nikodem przesunął palcem po zardzewiałym pierścieniu na wieczku skrzynki. - To nie jest zwykły zamek. Ktoś to zabezpieczył ręcznie. Dawno temu, ale mechanizm jeszcze żyje.

Lena uniosła głowę. - Albo czeka, aż ktoś zrobi dokładnie to, co ty.

Nikodem prychnął, lecz nie odsunął dłoni. Przekręcił pierwszy znacznik, potem drugi. Skrzynka zadrżała. Zielone światło przygasło, a z wnętrza wydobył się metaliczny ton, niski i rytmiczny, zupełnie niepodobny do żadnego sygnału z Redpoint. Trzy dźwięki. Pauza. Trzy dźwięki. Jakby coś próbowało powiedzieć im imię albo ostrzeżenie.

Na ekranie pojawiły się linie analizy, po chwili kolejne okno i jeszcze jedno. Nic. Tłumacz zawiesił się na pustym komunikacie. - To nie jest kod ze znanych baz danych - powiedziała, a w jej głosie po raz pierwszy zabrzmiał niepokój.

Wtedy ziemia pod ich butami lekko się zapadła. Kapsuła ratunkowa jęknęła, jakby coś obudziło się pod nią po długim śnie. Z pęknięcia w piasku wypłynęło błękitne światło, cienkie jak żyłki lodu, i zaczęło rysować na czerwonym gruncie idealny krąg.

W centrum kręgu uniosła się drżąca projekcja. Najpierw mapa gwiazd, potem obca, pulsująca gwiazda, zbyt jasna, by mogła być prawdziwa. A zaraz potem w ich kaskach rozległ się głos, tak wyraźny, jakby ktoś stał tuż obok nich: