Echo z Vesper XI

W dalekiej przyszłości trzy studentki Akademii Kosmicznej odbierają z opuszczonej stacji badawczej sygnał, który nie powinien już istnieć.

Kosmiczna cisza nie była pusta. Miała ciężar, temperaturę i coś jeszcze — wrażenie, że za cienką warstwą szkła ktoś oddycha bardzo wolno. Chiara stała przy kopule obserwacyjnej Auroli i patrzyła, jak mgławica Andromedusa rozlewa się wokół statku srebrnym pyłem. W świetle instrumentów jej własne odbicie wyglądało obco, jak twarz kogoś, kto dopiero uczy się, czym jest strach.

Na pokładzie było tylko troje studentek Akademii Kosmicznej, ale nikt nie miał dziś ochoty na akademicki ton. To miała być praktyka, prosta misja kontrolna na rubieżach układu: sprawdzić stację badawczą Vesper XI, opuszczoną przed dziesięciu laty po niewyjaśnionym incydencie. Chiara znała oficjalny zapis na pamięć. Nie znała jednak powodu, dla którego nikt z załogi nie wrócił po sprzęt, po dane ani po cokolwiek, co zostawiono za metalowymi ścianami stacji.

Lu siedziała przy konsoli na skraju kokpitu, z pochyloną głową i palcami biegającymi po panelu. Tami miała słuchawki zsunięte na jedno ucho, jakby chciała wychwycić każdy trzask w eterze. Aurora zwalniała, wchodząc na orbitę wokół Vesper XI. Stacja wisiała przed nimi jak martwy ząb: poszarzałe moduły, pourywane anteny, ciemne okna i pęknięty pierścień dokujący, którego poświata odbijała chłód gwiazd.

— Mam coś — powiedziała Lu po chwili. Jej głos był zbyt spokojny, by Chiara uznała to za dobrą wiadomość. — Skanery łapią transmisję. Słaba, nieregularna, ale idzie prosto ze stacji.

Tami natychmiast zwiększyła głośność odsłuchu. Z głośników popłynął szelest, potem urwane impulsy i krótki ciąg dźwięków, które nie przypominały żadnego standardowego wezwania pomocy.

— To nie jest sygnał awaryjny — powiedziała po chwili. — Jest powtarzalny, ale za każdym razem minimalnie inny. Jakby coś próbowało się odezwać i za każdym razem traciło fragment wiadomości.

Chiara podeszła bliżej iluminatora. Z tej odległości Vesper XI wydawała się jeszcze bardziej opuszczona, a jednak jeden z bocznych modułów miał nikłe światło w oknie serwisowym. Nie mogło tam być nikogo. A jeśli jednak był, to dlaczego nie nadał zwykłego kodu ratunkowego? Dlaczego sygnał brzmiał tak, jakby znał ich imiona?

— Możemy się zadokować? — zapytała.

Lu zawahała się tylko przez moment. Przełączyła widok na ekran techniczny, potem na plan pierścienia cumowniczego. Wreszcie skinęła głową.

— Czujniki nie pokazują przecieku. Zasilanie wewnętrzne jest niestabilne, ale działa. Wejście jest możliwe.

Śluza stacji otworzyła się z jękiem tak starym, że aż niepokojąco ludzkim. Wnętrze przyjęło je półmrokiem, zimnem i zapachem metalu, który przez lata zbierał kurz, ozon i coś jeszcze, czego Chiara nie umiała nazwać. Każdy krok odbijał się echem od pustych korytarzy, a szron na ścianach lśnił w wąskich smugach latarek jak rozsypane szkło.

Komputer stacji uruchomił się sam.
Na centralnym ekranie zamigotał krótki komunikat: „PRZYBYLIŚCIE?”

Z głośników rozległ się zniekształcony szept. Najpierw jedno imię, potem drugie, potem trzecie — każde wypowiedziane głosem, którego żadna z nich nigdy wcześniej nie słyszała, a który mimo to brzmiał niepokojąco znajomo.