Trójka nastolatków na bazie orbitalnej Prometeusz odbiera niepokojący sygnał z Gliese 486b i potajemnie rusza w stronę planety, która zdaje się odpowiadać na ich obecność.
Noc nad bazą orbitalną Prometeusz miała kolor wygaszonego granatu. Za grubą szybą rozciągały się pierścienie Saturna, blade i nieruchome, jakby ktoś zawiesił je w próżni tylko po to, by sprawdzać cierpliwość ludzi.
Tomasz od kilku minut nie odrywał wzroku od widoku. Lena szturchnęła go łokciem.
„Jeśli jeszcze raz powiesz, że to wygląda pięknie, przegrywam z tobą w holo-szachy tylko ze współczucia” - mruknęła.
Raj nawet nie podniósł głowy znad rozebranego robota. Jego palce przesuwały się po otwartej obudowie z taką pewnością, jakby śrubki same układały się pod dotyk. Tomasz miał odpowiedzieć, ale wtedy stary odbiornik w rogu laboratorium zaskrzypiał tak głośno, że wszyscy odwrócili się jednocześnie.
Najpierw pojawił się trzask. Potem drugi. A potem rytm - nierówny, urywany, niepokojąco uporządkowany. Nie brzmiał jak zakłócenia. Nie brzmiał też jak zwykły kod. Przypominał melodię, tylko zbyt chłodną, zbyt precyzyjną, jakby ktoś nadawał ją z miejsca, w którym nigdy nie było powietrza.
Raj podszedł do konsoli pierwszy.
„To nie jest nasza częstotliwość” - powiedział cicho.
Lena już wklepywała komendy. Na ekranie kolejne linijki danych układały się w smugę światła, aż wreszcie wyłoniło się źródło sygnału: Gliese 486b.
Tomasz zmarszczył brwi. Planeta była za daleko, żeby ktokolwiek spodziewał się stamtąd czegokolwiek oprócz martwych skał i gorąca. Od lat nie wykrywano tam żadnych oznak aktywności.
„To niemożliwe” - wymamrotał.
Raj odwrócił się do nich z błyskiem w oczach.
„A jednak ktoś to nadaje.”
Przez kolejne godziny laboratorium nie gasło. Na stół trafiły mapy, skanery, próbki paliwa, zestawy awaryjne i dron zwiadowczy, którego Lena nie przestawała przeklinać za zbyt wolną kalibrację. Nie było oficjalnej zgody, nie było czasu na pytania. Była tylko decyzja, której nikt nie chciał wypowiedzieć na głos, dopóki nie stała się faktem: polecą.
Kapsuła badawcza odłączyła się od Prometeusza bez rozgłosu, jakby sama stacja wolała nie widzieć, co robią.
W trakcie lotu Lena rozszyfrowała fragment sygnału. Na ekranie zamigotały słowa, zbyt poszarpane, by złożyć je w całość, ale wystarczająco wyraźne, by przesunąć po plecach zimny dreszcz. Brzmiało to jak ostrzeżenie. Albo prośba. Albo jedno i drugie.
Tomasz trzymał stery, czując, jak kapsuła drży przy każdym korekcie kursu. Raj skanował powierzchnię planety i z każdą minutą milczał coraz dłużej.
„Co tam masz?” - spytała Lena.
Raj nie odpowiedział od razu. W końcu przełknął ślinę i odsunął ekran tak, żeby zobaczyli go oboje.
Na mapie pojawił się obszar, który nie powinien istnieć. Ciemna plama pośrodku skalistego pustkowia, otoczona pierścieniem pulsujących punktów.
Chwilę później wszystkie systemy kapsuły zgasły.
Przez sekundę było absolutnie ciemno. Potem z pulpitu wyrosły dziwne, pulsujące znaki - ostre, geometryczne, obce. Lena nachyliła się tak blisko, że niemal dotknęła ekranu.
„To wygląda jak zapis” - szepnęła.
„Albo odpowiedź” - powiedział Tomasz.
Lądowanie było twarde. Kapsuła osiadła na płaskowyżu usianym czarnymi kryształami, które łapały nikłe światło i rozszczepiały je na zimne refleksy. Cisza na zewnątrz była tak gęsta, że aż bolała w uszach.
Raj wypuścił drona.
Na ekranie pojawił się rozmazany obraz skał, pyłu i ciemnego horyzontu. Potem coś przesunęło się między kryształami. Jeden błysk. Drugi. Dron zarejestrował kształt tylko przez ułamek sekundy, ale wystarczyło to, by Tomasz poczuł, jak ściska go w żołądku.
W tym samym momencie odbiornik odezwał się znowu. Tym razem bez trzasków.
Jednym, wyraźnym głosem, po ludzku.
„Nie jesteście tu sami.”
Ziemia pod kapsułą zadrżała.