Echo gwiezdnych ruin

Trójka astronautów trafia na samotną stację na skraju Drogi Mlecznej. Z wnętrza obiektu płynie obcy sygnał, który brzmi jak wezwanie i ostrzeżenie jednocześnie.

Międzygwiezdna pustka nie miała w sobie nic kojącego. Była zimna, obojętna i tak rozległa, że nawet własny oddech wydawał się w niej czymś obcym. „Feniks” przecinał tę ciemność bezszelestnie, zostawiając za sobą Ziemię, łączność i wszystkie pewniki, które jeszcze niedawno wydawały się niepodważalne.

Na mostku panowała cisza, jakiej nie dawało się podtrzymać sztucznie. Lena Mirska siedziała nieruchomo nad konsolą nawigacyjną, z twarzą oświetloną chłodnym blaskiem ekranów. Kacper, pilot o zbyt lekkim tonie jak na tę wyprawę, przewracał danymi na bocznym panelu i z każdą sekundą coraz wyraźniej tracił cierpliwość. Sara Kostecka nie odrywała wzroku od odczytów, jakby wśród szumu sensorów spodziewała się usłyszeć głos dawnych cywilizacji.

Pierwszy sygnał wyglądał jak zakłócenie. Drugi miał już w sobie porządek. Trzeci sprawił, że Lena kazała zawrócić kamerę na sektor, w którym radar wyłapał regularny cień. Obraz powiększył się i na tle gwiazd wyłoniła się stacja: ogromna, geometryczna, opuszczona, a jednak zbyt dobrze zachowana, by uznać ją za wrak. Jej ściany połyskiwały matowym metalem, popękanym w kilku miejscach, jakby ktoś zostawił ją tutaj nie na lata, lecz na wieki.

Wtedy przez komunikator przetoczył się rytmiczny, nieregularny szmer. Nie był to śmieć radiowy. Nie był to też język, który dałoby się od razu rozpoznać. Sara pobladła, kiedy kolejne impulsy złożyły się w niemal powtarzalny wzór.

– To nie jest awaria – szepnęła. – To odpowiedź.

Lena uniosła wzrok znad ekranu i po raz pierwszy od początku misji poczuła, że patrzy nie na znalezisko, lecz na coś, co właśnie ich zauważyło.

– Skafandry – powiedziała spokojnie, zbyt spokojnie. – Schodzimy na stację.

Śluza otworzyła się na bezdenną czerń. Trójka astronautów wypłynęła w pustkę i ruszyła ku wejściu, za którym czekał labirynt korytarzy pokrytych znakami wyrytymi w ścianach tak głęboko, jakby ktoś chciał, by przetrwały każdą katastrofę. Ich latarki przecinały mrok w wąskich stożkach światła. Na końcu najbliższego tunelu coś zamigotało raz, drugi, trzeci.

A potem komunikatory odezwały się wyraźnym głosem, wypowiadając jedno słowo, którego żadne z nich nie powinno było umieć zrozumieć.