Mara Rawling prowadzi załogę „Libry” do opuszczonej stacji Prometheus. W pustych korytarzach czeka coś więcej niż cisza: ruch, ślady i dźwięk, który nie powinien istnieć.
Za panoramiczną szybą mostka kosmos rozciągał się jak niewyobrażalna otchłań, czarna i gęsta, przetykana ostrymi punktami gwiazd. „Libra” płynęła przez nią bezszelestnie, a drobiny pyłu osiadające na poszyciu połyskiwały jak zamarznięty popiół. Kapitan Mara Rawling nie odrywała wzroku od konsoli. Obok niej inżynier Mikołaj Grun analizował odczyty z rosnącym napięciem, a biolog Tessa Jun stała nieruchomo, z dłońmi splecionymi za plecami, jakby nie chciała zdradzić, że też czuje narastający niepokój.
Na ekranie wyłaniał się kształt stacji Prometheus. Opuszczonej. Martwej. Tak przynajmniej mówiły archiwalne raporty i te nieliczne plotki, które krążyły po stacjach przesiadkowych na obrzeżach galaktyki. Dziesięć lat ciszy. Dziesięć lat bez sygnału, bez meldunku, bez jednego sensownego wyjaśnienia.
— Energia szczątkowa jest słaba — odezwał się w końcu Mikołaj, przesuwając palcami po panelu. Zawahał się. — Ale to nie wszystko. Skany pokazują też… nieregularny ruch.
Mara uniosła wzrok. — Jaki ruch?
— Tego właśnie nie umiem nazwać.
Przez sekundę na mostku panowała cisza tak głęboka, że słychać było jedynie wentylatory chłodzenia i cichy puls systemów pokładowych. Tessa pochyliła się nad własnym terminalem.
— W sektorze biologicznym pojawiają się ślady życia albo czegoś, co je imituje — powiedziała, bardziej do siebie niż do nich. — To niemożliwe przy takim poziomie zasilania.
— A jednak — odparła Mara. Jej głos był spokojny, ale stanowczy. — Przygotować skafandry. Dokujemy.
Kilka minut później szli już przez łącznik, każdy krok odbijając w metalowych ścianach krótkim, głuchym echem. Za szybą majaczył kadłub Prometheusa, rozdrapany czasem i drobnymi uderzeniami mikrometeorytów. Gdy drzwi stacji rozsunęły się z ciężkim jękiem, uderzył w nich chłód i zapach starego ozonu.
Wewnątrz panował półmrok. Awaryjne światła migały nieregularnie, raz po raz zalewając korytarz bladym, chorobliwym blaskiem. Na podłodze leżał cienki pył, nienaruszony w większości, ale nie wszędzie.
Tessa przykucnęła przy czymś połyskującym w świetle latarki.
— To klucz serwisowy — powiedziała cicho. — I jest ciepły.
Mikołaj spojrzał na nią gwałtownie. Mara już była przy ścianie, analizując odciski na warstwie pyłu. Ślady stóp prowadziły dalej, w głąb stacji, świeże i wyraźne, jakby ktoś przeszedł tędy chwilę wcześniej i nie zadał sobie trudu, by się ukryć.
Ruszyli ostrożnie, mijając kolejne zamknięte moduły i puste wnęki, aż dotarli do głównej sali. Powietrze było tam cięższe, niemal nieruchome. W ciemnym kącie coś zaszeleściło, choć żadna z ich lamp nie dosięgała tego miejsca.
Potem zabrzmiał dźwięk.
Najpierw krótki, urwany, jak krok odbity od stalowych ścian. A zaraz po nim następny, dokładnie taki sam, ale spóźniony o ułamek sekundy, jakby stacja powtarzała czyjąś obecność własnym głosem.
Mara uniosła latarkę wyżej.
— Tu ktoś jest — wyszeptała.
W tej samej chwili za ich plecami rozległ się przeciągły, metaliczny pisk.