Trzynastoletni Leon zauważa, że zwierzęta w lesie zachowują się coraz dziwniej. Gdy nocą rusza za niepokojącym rytmem dochodzącym z ciemności, trafia na coś, czego nie powinno tam być.
Leon od zawsze znał las za domem, ale znał go tylko tak, jak zna się rzeczy codzienne: po urwanych ścieżkach, mokrym mchu i śladach, których nikt inny nie zauważał. Dopiero od kilku dni miał wrażenie, że ten las oddycha inaczej.
Najpierw umilkły ptaki. Potem psy sąsiadów, zwykle pierwsze do szczekania na każdy ruch przy płocie, zaczęły siedzieć pod gankami z nastroszoną sierścią, jakby czegoś nasłuchiwały. A nocą przez otwarte okno Leon słyszał dźwięk, który nie pasował do żadnego zwierzęcia ani żadnej maszyny. Ciche, regularne uderzenia. Puls. Echo, jakby gdzieś między drzewami biło ukryte serce.
Tego popołudnia zobaczył sarnę stojącą na skraju lasu, dokładnie tam, gdzie kończył się asfalt. Nie pasowała do reszty świata. W świetle słońca jej futro wydawało się prawie złote, ale oczy miała martwo nieruchome. Leon zwolnił krok. Sarenka nie drgnęła, choć był już blisko. Nie uciekła nawet wtedy, gdy wyciągnął rękę. Zamiast tego wydała z siebie krótki, chrapliwy dźwięk, tak obcy, że chłopak poczuł lodowaty skurcz w karku. Przez ułamek sekundy coś błysnęło jej w spojrzeniu, jak refleks światła odbitego od metalu. A potem zniknęła między drzewami bez najmniejszego szelestu.
Po zmroku Leon długo leżał bez ruchu, wpatrzony w sufit. Pulsujący dźwięk wracał raz po raz, coraz wyraźniejszy, jakby las próbował go do siebie zawołać. W końcu usiadł, narzucił bluzę, chwycił latarkę i otworzył okno tak ostrożnie, żeby skrzypnęła tylko raz.
Wyszedł na trawę boso, z sercem bijącym mu tak mocno, że aż bolało. Noc była wilgotna i gęsta. Gdy wszedł między pierwsze drzewa, światło latarki od razu wyłowiło z ciemności mokre pnie i błyszczące pajęczyny. Każdy krok wydawał się za głośny. Każde pęknięcie gałązki brzmiało jak ostrzeżenie.
Prowadził go ten sam rytm, który słyszał od kilku nocy. Im głębiej szedł, tym bardziej miał wrażenie, że las układa się wokół niego jak korytarz, który zna jego imię.
Przy starym, powalonym dębie zobaczył coś, co kazało mu zamarznąć. W kręgu światła i cieni stały zwierzęta: lis z przykurczonym ogonem, dwa jeże, para saren i dzięcioł, którego widywał czasem przy ogrodzeniu. Wszystkie wpatrywały się w środek kręgu, nieruchome jak na sygnał.
Leon cofnął się o pół kroku i oparł dłoń o chropowatą korę. Zwierzęta, jedno po drugim, zaczęły obracać głowy.
W jego stronę.
Z głębi lasu dobiegł nagły trzask, a potem oślepiający błysk rozdarł ciemność między drzewami.