Echo Szmaragdowego Lasu

Lena, Antek i Maks zauważają, że w Szmaragdowym Lesie dzieje się coś niepokojącego. Nocny dźwięk prowadzi ich coraz głębiej między drzewa.

W Szmaragdowym Lesie nic nie było zwyczajne: mech tłumił kroki, paprocie pachniały wilgocią, a światło przeciskało się przez gałęzie w zielonych smugach. To właśnie tam Lena, Antek i Maks spotykali się co tydzień, bo las znał ich lepiej niż niejedna ulica. Lena słyszała w ptasich głosach więcej niż zwykłe ćwierkanie, Antek wyłapywał ślady, których inni nie zauważali, a Maks rozpoznawał rośliny po samym liściu. Tego dnia żadne z nich nie miało jednak ochoty na zwykłą włóczęgę.

Coś było nie tak. Wiewiórki, które zwykle przemykały po pniach jak rude iskry, nagle znikały bez śladu. Sarny trzymały się z dala od polan, a sowy odzywały się jeszcze przed zmierzchem, jakby ostrzegały przed czymś, czego nie potrafiły nazwać. Najgorsze było to, co słychać było po zmroku: metaliczny, powracający dźwięk, krótki i chłodny, jak uderzenie o pustą rurę gdzieś głęboko między drzewami.

Antek przystanął przy kolejnym śladzie i przykucnął. "To nie jest wiatr" powiedział cicho. Lena nie odpowiedziała od razu, bo na chwilę umilkły nawet ptaki. Maks poprawił pasek plecaka i wyciągnął latarkę. W końcu ruszyli dalej, głębiej niż zwykle, z notatnikiem, dwoma latarkami i starymi okularami noktowizyjnymi, które Antek dostał od dziadka i przez cały tydzień nie przestawał zachwalać.

Z każdym krokiem las gęstniał. Pnie wyginały się pod dziwnymi kątami, jakby coś je kiedyś przesunęło z miejsca, a potem zostawiło w połowie ruchu. Na ściółce pojawiały się ślady łap, których Maks nie potrafił rozpoznać, a pod krzakami leżały porzucone gniazda, zbyt ciche i zbyt świeże, by mogły być przypadkiem. Nagle coś zaszumiało nad ich głowami. Z gałęzi zsunął się wielki czarny kruk i upuścił u stóp Leny jedno pióro, ale nie było czarne. Mieniło się jasnozielonym blaskiem, jakby ktoś zamknął w nim fragment lasu.

"Krucze pióra nie wyglądają tak" szepnęła Lena i już sięgała po znalezisko, gdy z głębi boru dobiegł ten sam dźwięk, tylko teraz znacznie bliższy. Raz. Drugi. Trzeci. Jakby coś odpowiadało im z ciemności. Przyjaciele spojrzeli po sobie i bez słowa ruszyli naprzód, bo teraz było już za późno, żeby się wycofać. Po kilku minutach drzewa nagle się rozstąpiły, a przed nimi otworzyła się niewielka polana. Na jej środku stało coś, czego nie powinno tam być w ogóle.