W kolonii na Marsie Lena, Dawid i Mikołaj trafiają na zakłócenia, które nie pasują do żadnej burzy słonecznej. Kiedy ruszają poza bazę, sygnał zaczyna odpowiadać ich własnymi imionami.
Czerwona gleba skrzypiała pod podeszwami, kiedy Lena, Dawid i Mikołaj szli wzdłuż północnej krawędzi kopuły. Za grubym szkłem Mars rozciągał się jak puste morze rdzy i pyłu, przygaszony, nieruchomy, aż zbyt spokojny. W kolonii właśnie taki spokój budził największy niepokój.
Tego ranka w laboratorium Lena zobaczyła na monitorze ciąg znaków, którego nikt nie umiał wyjaśnić. Potem zaczęły się kolejne problemy: urwane transmisje, trzaski w łączności, drony tracące sygnał na sekundę, po czym wracające z błędem w pamięci. Starsi inżynierowie zrzucali wszystko na burzę słoneczną, ale Lena nie lubiła odpowiedzi, które brzmiały zbyt wygodnie.
Po lekcjach zebrała chłopaków w ciasnym pokoju serwisowym. Dawid rozłożył na stole wydruki z odczytami, Mikołaj odnalazł na mapach strefę, której nie powinno się nawet zaznaczać palcem, a Lena porównała wzory z zakłóceń. Powtarzały się zbyt równo. Zbyt celowo. Jakby ktoś nadawał je nie po to, żeby zagłuszyć łączność, tylko żeby zostać usłyszanym.
Nie mieli pozwolenia, ale mieli baterie, dekoder i drona zwiadowczego. Kiedy zapadł marsjański zmierzch, wymknęli się przez serwisową śluzę, zanim strażnicy zdążyli zamknąć sektor. Z każdym metrem baza zostawała dalej za nimi, a cienka warstwa ochrony nad głowami coraz mniej przypominała pewność, a coraz bardziej obietnicę, która może pęknąć w każdej chwili.
Odbiornik w dłoniach Leny nagle zadrżał. Sygnał się wzmocnił, jakby coś po drugiej stronie wiedziało, że już słuchają. Za wydmą, tam gdzie kończyły się mapy kolonii, zamigotało blade światło. Lena uniosła rękę, dając znak, żeby się zatrzymali. W tej samej chwili z głośnika popłynął czysty, niemal ludzki głos, który wyszeptał ich imiona.