W liceum w Gdańsku Igor, Lena i Wojtek odkrywają moce, które zaczynają się od snów, dotyku i szeptów, a prowadzą do zamkniętego archiwum i drzwi, których nie powinno tam być.
Budzik wyrwał Igora ze snu tak gwałtownie, jakby ktoś szarpnął go za ramię. Za oknem Zaspa już lśniła od czerwcowego słońca, a upał wciskał się do mieszkania mimo uchylonej lufcikiem kratki. Czwartek. Dzień jak każdy inny, przynajmniej dopóki nie przypomniał sobie snu, który znów skończył się dokładnie tak samo jak poprzedni: zamknięte drzwi, zimne światło i czyjeś imię wypowiedziane szeptem tuż przy jego uchu.
Na przystanku czekali już Lena i Wojtek. W liceum było dziś prawie pusto, bo większość uczniów wolała siedzieć nad powtórkami przed końcowymi egzaminami albo udawać, że jeszcze ma czas. Oni mieli tylko siebie i tę dziwną ulgę, że przynajmniej razem łatwiej ignorować napięcie, które od kilku dni nie dawało im spokoju.
Igor pierwszy zauważył, że coś z nimi jest nie tak. Nie dało się już zrzucić wszystkiego na stres. Od trzech nocy śnił o rzeczach, które rano działy się naprawdę, zanim zdążył o nich komukolwiek powiedzieć. Lena, zwykle opanowana do granic sztywności, zaczęła wyczuwać cudze emocje jednym dotykiem, jakby skóra nagle stała się anteną. Wojtek z kolei coraz częściej zatrzymywał się w pół kroku, nasłuchując czegoś, czego nikt inny nie słyszał.
W starym skrzydle szkoły panował chłód, który nie pasował do reszty budynku. Kiedy mijali archiwum, Igor zwolnił bez powodu. Klamka była nieruchoma, ale klucz w zamku tkwił przekręcony, jakby ktoś dopiero co wyszedł albo właśnie zamierzał wrócić. Lena zesztywniała. Wojtek pobladł i odsunął się o pół kroku.
Zanim Igor zdążył odpowiedzieć, w jego uszach rozległ się niski szum. Wojtek skrzywił się, jakby usłyszał paznokcie przeciągnięte po metalu. Lena położyła dłoń na klamce i drgnęła tak mocno, że natychmiast ją cofnęła.
Drzwi ustąpiły z przeciągłym skrzypnięciem.
Za nimi nie było archiwum.
Rozciągał się tam wąski korytarz, którego nikt z nich nigdy nie widział: ciemny, wyłożony popękanymi kafelkami, z których przebijało blade, nienaturalne światło. Powietrze pachniało mokrym kamieniem i czymś jeszcze, czymś metalicznym, jak po burzy. Na końcu, ledwie widoczna w drgającym mroku, stała sylwetka chłopaka mniej więcej w ich wieku. Odwrócił głowę i Igor miał pewność, że patrzy prosto na nich.
Albo prosto przez nich.
Wojtek wciągnął gwałtownie powietrze. Lena ścisnęła mu nadgarstek tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Igor zrobił krok do przodu, ale wtedy światło zgasło, a drzwi za nimi zatrzasnęły się z hukiem tak głośnym, że wszyscy trzej podskoczyli.
Na ścianie, tam gdzie przed chwilą była tylko wilgotna farba, rozjarzył się zimny, cyfrowy napis:
JEDNO Z WAS NIE WRÓCI
A z końca korytarza dobiegł ich głuchy, przeciągły dźwięk, jakby coś ciężkiego przesunęło się po kafelkach i zatrzymało dokładnie po drugiej stronie ciemności.