Stare liceum kryje zamknięte skrzydło i drzwi, których nikt nie powinien otwierać. Lena, Andrzej, Igor i Sara wchodzą tam mimo strachu, a to, co słyszą w ciemności, zmienia wszystko.
Była jesień, a stare mury liceum wyglądały tak, jakby pamiętały za dużo. W deszczowe popołudnia korytarze pustoszały szybciej niż zwykle, a w opuszczonym skrzydle nawet oddech brzmiał obco. Andrzej twierdził, że zna szkołę lepiej niż własny pokój, ale właśnie dlatego uparł się, że na końcu zakazanego korytarza musi być coś, czego nikt jeszcze nie odkrył.
Lena nie lubiła tego miejsca. Nie lubiła też tego, jak mocno ściskała paski plecaka, kiedy razem z Andrzejem, Igorem i Sarą przemknęli obok tablicy ogłoszeń i skręcili w stronę starej klatki schodowej. Od kilku tygodni krążyły o tym skrzydle różne historie: że kiedyś zasłabł tam nauczyciel, że po nocach słychać kroki, że drzwi na końcu korytarza nie otwierają się po prostu z powodu zardzewiałego zamka. Nikt nie mówił tego głośno przy dorosłych, ale każdy w szkole znał ten fragment budynku.
– Jeśli jest tam tylko kurz, to tracimy czas – mruknęła Lena, choć sama nie brzmiała przekonująco.
– Albo coś schowanego od lat – odparł Andrzej. Wyjął z kieszeni wygięty fragment klucza, który znalazł kiedyś w starej bibliotece. Trzymał go ostrożnie, jakby był czymś więcej niż kawałkiem metalu. – Pasuje do zamka. Prawie na pewno.
– Prawie to nie na pewno – szepnęła Sara, ale nie cofnęła się ani o krok.
Korytarz był długi, wąski i dziwnie cichy. Deski pod stopami skrzypiały tak głośno, że wszyscy co chwilę milkli i nasłuchiwali, czy ktoś nie idzie za nimi. Blady wieczorny chłód wciskał się przez nieszczelne okna, a światło z zewnątrz rozcinało kurz na nierówne smugi. Na samym końcu, w miejscu, gdzie ciemność zbierała się najgęściej, stały masywne drzwi z żeliwną klamką. Na drewnie ktoś dawno temu narysował kredą znak przypominający pętlę albo oko.
Igor przełknął ślinę.
– To było w planie czy mamy już za późno na rozmyślanie?
Andrzej nie odpowiedział. Wsunął klucz do zamka. Metal zgrzytnął tak ostro, że Lenie przeszedł po plecach lodowaty dreszcz. Przekręcenie zajęło tylko chwilę, ale ta chwila przeciągnęła się niemożliwie długo. Sara odsunęła dłoń od klamki, jakby drzwi mogły ją poparzyć.
– Teraz – powiedział Andrzej cicho.
Drzwi uchyliły się z jękiem.
Za nimi nie było zwykłego pokoju ani magazynu. Była tylko ciemność, głęboka i nienaturalna, jakby ktoś od środka zdusił wszystkie światła. Wtedy z tej ciemności dobiegł szept. Krótki. Wyraźny. Tak bliski, że Lena miała wrażenie, iż ktoś stanął tuż przy jej uchu.
Wszyscy zastygli.
A potem, z samego środka mroku, odezwał się głos, niski i dziwnie znajomy:
– Wreszcie przyszliście.