Troje nastolatków ląduje na Xarze-7 i odbiera sygnał, którego nikt nie powinien tam nadawać. Kiedy las odpowiada głosem proszącym o pomoc, wszystko robi się niepokojąco osobiste.
Statek ekspedycyjny „Horyzont” wszedł w atmosferę Xary-7 tak gwałtownie, że kadłub z jękiem przeszył półmrok. Evi zacisnęła dłonie na poręczach fotela i patrzyła, jak na głównym ekranie pod ciemną chmurą pojawia się pierwszy wyraźny zarys lądu. Obok niej Leo w milczeniu śledził spływające linie odczytów, a Iza poprawiała pasek od skanera, jakby samym ruchem mogła uciszyć nerwy. Mieli po piętnaście lat i właśnie oni mieli jako pierwsi stanąć na planecie, której nikt jeszcze nie zdążył nazwać własną.
Xara-7 od miesięcy rozpalała wyobraźnię całego programu młodych odkrywców. Sondy przysyłały tylko urywki danych: dziwne składy minerałów, nietypowe pola magnetyczne, ślady ruchu, których nikt nie potrafił wyjaśnić. Oficjalnie miała być bezpieczna. W praktyce każdy na pokładzie zachowywał się tak, jakby liczył się z czymś odwrotnym.
— Najpierw pomiary, potem zdjęcia terenu — powiedziała Evi, bardziej do siebie niż do nich. — Jeśli wszystko się zgadza, idziemy dalej.
— Jeśli wszystko się zgadza — mruknął Leo, nie odrywając wzroku od panelu.
Gdy włazy otworzyły się z sykiem, uderzyło w nich wilgotne, ciepłe powietrze o metalicznym posmaku. Pod stopami uginał się miękki, zielonkawy mech, a nad nimi wznosiły się drzewa z liśćmi połyskującymi jak cienkie płytki szkła. Niebo miało odcień przygaszonego fioletu, przez który światło planetarnego słońca wydawało się nienaturalnie blade.
Szli ostrożnie między pniami, uważając na każdy krok. Cisza nie była zwyczajna. Nie było w niej szumu wiatru ani szelestu gałęzi, tylko ledwie uchwytne drżenie, jakby las oddychał gdzieś pod powierzchnią.
Pierwszy zatrzymał się Leo.
— Stójcie — wyszeptał.
Podniósł skaner wyżej. Na ekranie pulsowała linia, która nie powinna się tam pojawić. Potem z linii wyłonił się regularny ciąg znaków, zbyt uporządkowany, by był przypadkiem.
Iza zmrużyła oczy.
— To kod?
— Albo wiadomość — odpowiedział Leo, a jego głos po raz pierwszy zabrzmiał naprawdę niepewnie.
Wtedy las odpowiedział.
Z głębi drzew dobiegły cienkie, melodyjne dźwięki, jeden po drugim, jakby ktoś uderzał w niewidzialne szkło. Mech pod ich butami zadrżał lekko, a liście nad głowami rozbłysły zimnym, pulsującym światłem. Sygnał na skanerze Leo zafalował, po czym na ekranie pojawiły się dwa słowa:
„Pomóżcie mi”.
Evi poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła.
— Kto to nadaje? — spytała cicho.
Nikt nie odpowiedział. Zarośla przed nimi rozsunęły się powoli, choć nie poruszył ich ani jeden podmuch.
Z ciemności między pniami dobiegł kolejny błysk światła.