Echo podziemnych śmiechów

Nocą czworo przyjaciół schodzi pod starą bibliotekę, gdzie ukryte podziemia potrafią wydobyć emocje na powierzchnię. To, co tam spotykają, szybko przestaje być tylko legendą.

Czerwcowy wieczór nie chciał się kończyć. Nad miastem wisiało jeszcze trochę ciepła, ale ulice już ciemniały, a okna starej biblioteki odbijały ostatnie pasma światła jak wypolerowane szkło. Marta przyszła pierwsza. Potem Ola, Bartek i Michał, każdy zbyt spokojny jak na kogoś, kto zaraz miał zrobić coś głupiego albo genialnego.

Stali pod bocznym wejściem, tam gdzie mur pękał od wilgoci, a cegły były ciemniejsze niż reszta fasady. To właśnie tu, według miejskiej legendy, miało zaczynać się przejście do podziemi. Nikt z nich nie wierzył w opowieści do końca. Nikt też nie potrafił wyjaśnić, dlaczego przyszli akurat dziś, z latarką, telefonami w kieszeniach i tym dziwnym napięciem, które nie dawało się zagłuszyć żartami.

Bartek uśmiechał się zbyt szeroko, jakby chciał oswoić strach zanim ten zdążył pokazać zęby. Ola ściskała latarkę tak mocno, że pobielały jej knykcie. Michał milczał i tylko zerkał na sklepione okienko piwniczne, jakby próbował odgadnąć, czy za chwilę zobaczy w nim ruch. Marta czuła w żołądku znajomy ciężar ciekawości, ten sam, który zwykle pchał ją tam, gdzie rozsądek stawiał wyraźny znak stop.

Drzwi do piwnicy ustąpiły po krótkim skrzypnięciu. Schody pod nimi opadały stromo, w czarną, chłodną szczelinę. Powietrze było wilgotne, ciężkie od kurzu i czegoś jeszcze, czego nie umiała nazwać. Jakby pod ziemią od dawna czekał oddech kogoś, kto nie chciał zostać zauważony.

Kiedy zeszli na dół, drzwi zamknęły się za nimi z głuchym trzaskiem. Echo odbiło się od kamienia i wróciło zbyt szybko, jak czyjś krótki, nerwowy śmiech. Ola odwróciła się gwałtownie.

Korytarz przed nimi był wąski i nierówny. Ściany połyskiwały wilgocią, a między cegłami przebiegały cienie, które nie pasowały do światła latarki. Marta zrobiła pierwszy krok i wtedy usłyszeli szept. Cichy. Bliski. Wymawiał ich imiona jedno po drugim, z takim spokojem, jakby znał ich od dawna.

Michał podniósł głowę pierwszy. Na końcu korytarza coś poruszyło się w ciemności. Najpierw tylko zarys, potem kształt, aż wreszcie postać wyłoniła się z mroku i stanęła nieruchomo w blasku latarki.

Każde z nich zobaczyło inną twarz.

Marta cofnęła się o pół kroku, bo spojrzenie tej postaci było dla niej zbyt surowe. Ola wstrzymała oddech, widząc w niej czysty lęk. Bartek, który zwykle miał odpowiedź na wszystko, tym razem tylko przełknął ślinę. Michał zmrużył oczy, jakby rozpoznawał w niej coś bolesnego i dawno zapomnianego.

Postać uśmiechnęła się krótko. Echo. Nie człowiek. Nie cień. Coś pomiędzy.

– Nie powinniście byli tu schodzić – odezwało się głosem, który każdemu zabrzmiał inaczej.

A potem zamilkło, jakby czekało, które z nich pierwsze odpowie.