Siedemnastoletni Igor, z Mariką i Danielem, schodzi do piwnic starego liceum na Pradze i trafia do ukrytego pokoju, który uruchamia maszynę zdolną przerzucić ich poza własny czas.
Za każdym razem, gdy Igor przechodził przez korytarze tego nieprzyzwoicie starego liceum na Pradze, miał wrażenie, że budynek oddycha mu za plecami. Ściany nasiąkły wilgocią, farba odchodziła płatami, a deszcz bębnił w szyby tak głośno, jakby ktoś próbował się do nich dobić. Była późna jesień, szkoła niemal pusta, i właśnie dlatego ten wieczór wydawał się dobrym momentem, żeby zejść tam, gdzie nikt nie zaglądał.
Igor ścisnął w dłoni klucz wykradziony z torby woźnego. Czuł jego chłód nawet przez skórzane rękawiczki. Pod drzwiami do piwnicy czekali już Marika i Daniel. Ona stała spokojnie, z kapturem nasuniętym nisko na czoło, ale po napięciu w jej szczęce było widać, że też ma dość udawania, że to tylko głupi żart. Daniel nerwowo obracał latarkę LED w palcach, jakby sam metal miał go uspokoić.
Marika parsknęła cicho.
Igor nie odpowiedział. Wsunął klucz do zamka. Przez sekundę nic się nie stało, a potem zardzewiałe rygielki zaskrzypiały tak głośno, że wszyscy zamarli. Drzwi ustąpiły z oporem, jakby coś po drugiej stronie nie chciało ich wpuścić.
Piwnica przywitała ich zapachem kurzu, mokrego tynku i starego żelaza. Zeszli po schodach w wąski korytarz, gdzie światło latarki rozcinało mrok na nierówne pasy. Na końcu tunelu, za kolejnym zakrętem, znaleźli drzwi, o których nikt w szkole nigdy nie wspominał. Były ciemne, masywne, bez tabliczki i klamki. Tylko mały, mosiężny otwór na klucz błysnął w świetle.
Igor spojrzał na Marikę. Daniel przełknął ślinę.
Klucz pasował od razu.
Za drzwiami znajdował się pokój, który nie powinien istnieć. Półki uginały się od starych ksiąg, na stołach leżały tryby, przewody i szkła o podejrzanie precyzyjnym szlifie. Pośrodku stała metalowa kapsuła wielkości małego samochodu, obwieszona kablami i pokryta przyciskami w kolorach, których nie powinno się widzieć w takim miejscu. Na ścianach wisiały zegary, ale każdy wskazywał co innego. Jeden cofał wskazówki. Inny przyspieszał je szaleńczo. Trzeci stał nieruchomo, jakby czas już dawno go porzucił.
Marika podeszła bliżej, ostrożnie, z tą swoją irytującą odwagą, która zwykle pchała ich w kłopoty. Wyciągnęła rękę i dotknęła jednego z paneli.
Maszyna odpowiedziała natychmiast. Najpierw cichym pomrukiem, potem nagłym drżeniem, które przeszło przez podłogę aż do ich butów. Ekran rozjarzył się bladym światłem i na chwilę zamigotał szeregiem dat. Igor zdążył dostrzec tylko urywki: rok, którego nie znał, miesiąc zapisany cyframi, a potem coś, co wyglądało jak ostrzeżenie.
W tej samej chwili wszystkie zegary w pokoju uderzyły jedenaście, jeden po drugim, a potem jak na komendę jedenastą raz jeszcze. Powietrze zgęstniało. Światło zaczęło pulsować, ostre i białe, aż zabolały go oczy. Daniel cofnął się o krok, ale podłoga pod nimi zadrżała mocniej. Kapsuła otworzyła się z sykiem, jakby czekała właśnie na nich.
Igor poczuł, że traci grunt pod nogami. Huk wyrwał mu z gardła oddech, wszystko wokół zawirowało w plamę metalu, szkła i białego blasku. Chciał złapać Marikę, potem Daniela, ale ich sylwetki już rozpływały się w świetle.
A kiedy zdołał otworzyć oczy, nie zobaczył piwnicy.
Leżał na zimnej, mokrej ziemi. Nad nim wisiało obce niebo, ciężkie od czerwonego światła. W oddali ktoś krzyczał, ale nie brzmiało to jak głos z ich czasu. Igor odwrócił głowę i zobaczył Marikę oraz Daniela, rozmazanych we mgle, po drugiej stronie czegoś, co wyglądało jak pęknięcie w powietrzu.
I wtedy z ciemności, tuż za jego plecami, odezwał się cichy głos: