Na opuszczonej stacji orbitalnej Oriona zespół badaczy natrafia na ślady sabotażu, zakłócenia i coś, co nie powinno istnieć. A potem z laboratorium dobiega dźwięk.
Cisza na Orione była nienaturalna. Nie przypominała spokoju ani bezruchu, tylko napięcie zamknięte w metalu, które zdawało się drżeć razem z kadłubem stacji. Pod nimi wirowała błękitno-szara Ziemia, nad nimi pulsowała blada poświata paneli awaryjnych. Od miesięcy nikt tu nie pracował, a jednak Orion wciąż krążył po swojej orbicie, jakby uparcie odmawiał przyznania się do pustki.
Wahadłowiec „Prometeusz” zadokował bez szarpnięcia. Kiedy właz głównego portu otworzył się z sykiem, metaliczne echo ich kroków odbiło się od korytarza tak czysto, jakby stacja czekała właśnie na ten dźwięk. Dr. Lena Nowicka weszła pierwsza, z twarzą nieruchomą, uważną. Jej spojrzenie przesuwało się po pękniętym panelu, przygaszonych świetlikach, śladach po ręcznej interwencji na obudowie sterowania.
Za nią szedł Artur, inżynier, który lubił ryzyko bardziej, niż przyznawał. Trzymał w dłoni skaner i co chwilę zerkał na odczyty, jakby sam sprzęt miał mu za chwilę wymknąć się spod kontroli. Ostatnia była Sara, specjalistka od sztucznej inteligencji. Miała ten rodzaj ironicznego spokoju, który pojawia się tylko u ludzi zbyt długo rozmawiających z maszynami.
– Zabezpieczenia żyją, ale ledwo – powiedział Artur po chwili. – Ktoś próbował je odciąć. Niewprawnie. Albo w pośpiechu.
Lena nie odpowiedziała od razu. Stanęła przy panoramicznym oknie i spojrzała na planetę zawieszoną w czerni. Rutynowa misja miała być prosta: sprawdzić, dlaczego stacja straciła łączność, zabezpieczyć dane z ostatnich eksperymentów, ocenić szkody. Tymczasem każde kolejne pomieszczenie mówiło jej coś przeciwnego. To nie była zwykła awaria. Ktoś zostawił tu po sobie ślady. Albo coś zostało zostawione celowo.
Sara podłączyła się do głównego komputera. Ekrany zamigotały, po czym w głośnikach odezwał się suchy, zniekształcony głos systemu:
– Dostęp ograniczony. Podaj autoryzację.
Zanim Sara zdążyła wpisać cokolwiek, obraz na chwilę rozpadł się w deszcz obcych znaków. Symboli, których nie było w żadnym katalogu stacji. Zniknęły tak szybko, jak się pojawiły, ale zostawiły po sobie coś gorszego niż błąd: wrażenie, że ktoś albo coś właśnie ich zauważyło.
– To nie jest standardowy konflikt systemowy – wyszeptała. Palce zawisły jej nad klawiaturą. – Ktoś grzebał w kodzie. Albo system sam zaczął pisać własne reguły.
Wtedy z sekcji laboratoryjnej dobiegł dźwięk. Najpierw cichy, potem wyraźny: rytmiczne przesunięcie, jakby coś ciężkiego zarysowało metalową podłogę i znów się cofnęło. Lena odwróciła głowę. Artur zacisnął dłoń na latarce tak mocno, że pobielały mu knykcie.
– Nie jesteśmy tu sami – powiedział.
Stacja odpowiedziała przeciągłym jękiem konstrukcji. Drzwi do laboratorium drgnęły, jakby coś po drugiej stronie właśnie oparło się o nie od wewnątrz.