Na kolonii Lucidum Lira, Kian i Essi trafiają na wiadomość bez nadawcy. Im bardziej próbują ją rozgryźć, tym wyraźniej widać, że ktoś po drugiej stronie już ich zauważył.
Kopuła Lucidum co noc drżała niemal niewyczuwalnie, jakby cała kolonia oddychała razem z sześcioma księżycami Caligo. Pod przezroczystym sklepieniem ich blask rozlewał się na korytarze w srebrnych smugach, a daleko za wzmacnianymi ścianami rozciągała się ciemność planety, zbyt obca, by nazywać ją domem, i zbyt bliska, by o niej zapomnieć.
Lira siedziała sama w sterowni technicznej, pochylona nad holowizorem. Na ekranie przesuwały się warstwy kodu, logów i zaszyfrowanych ramek danych, które miały być martwe od lat. Obok migotał panel zasilania, a od chłodnych ścian odbijał się cichy szum wentylacji. Nocna zmiana dawno się skończyła, ale ona nie mogła się oderwać. Coś w tym pliku nie pozwalało jej zamknąć okna i wrócić do pokoju.
Kian stał za jej plecami, z rękami wsuniętymi w kieszenie, i przewijał zabezpieczenia systemowe z taką miną, jakby właśnie obraził go cały świat. Byli z Essi tym nieformalnym trio, które po godzinach zaglądało tam, gdzie nie powinno. Zaczęło się od niewinnych testów, potem przyszły obejścia procedur, a teraz Lira miała przed sobą plik bez nadawcy, bez odbiorcy i bez sensownego znacznika czasu. Metadane wskazywały okres sprzed uruchomienia kolonii.
„To nie jest nasz format” — powiedział Kian, zbliżając twarz do projekcji. „I nie wygląda na archiwum.”
Lira odtworzyła fragment audio.
Z głośników popłynął szelest, trzask, a potem urwany szept tak zniekształcony, że przez chwilę brzmiał bardziej jak oddech niż głos. Mimo to Lira zesztywniała. W tym szumie było coś niepokojąco znajomego. Jakby ktoś po drugiej stronie próbował przebić się przez grubą warstwę zakłóceń i dopiero szukał właściwych słów.
„Włącz to jeszcze raz” — poprosił Kian ciszej.
Nie zdążyła.
Drzwi rozsunęły się gwałtownie i do środka wpadła Essi z przenośnym dekoderem przyciśniętym do piersi. Miała rozszerzone źrenice i oddech urwany z biegu.
„Dostałam alarm z sieci pomocniczej” — wyrzuciła z siebie. „Ktoś odpowiedział na nasz sygnał. Tylko że my jeszcze żadnego nie wysłaliśmy.”
Lira odwróciła się tak szybko, że niemal strąciła holowizor. Na ekranie, pośród okien kodu, pojawił się nowy wiersz. Nie był częścią systemu. Nie był też błędem, którego dałoby się łatwo zignorować. Litery układały się powoli, jakby ktoś wpisywał je w milczeniu, po drugiej stronie czegoś znacznie większego niż sieć Lucidum.
„JESTEŚCIE GOTOWI ODEBRAĆ WIADOMOŚĆ?”
W sterowni zrobiło się tak cicho, że Lira usłyszała własny puls. Zewnętrzny blask sześciu księżyców przesunął się po kopule, jak cień czegoś, co właśnie się zbliżało. Nikt się nie odezwał. A potem holowizor zamigotał drugi raz, jakby odpowiedź była już w drodze.