Wiktoria zostaje po lekcjach w prawie pustej szkole, bo coś w zamkniętym skrzydle nie daje jej spokoju. Im dłużej słucha ciszy, tym wyraźniej czuje, że ktoś albo coś ją obserwuje.
Po południu szkoła brzmiała inaczej. Nie śmiechem, nie krzykami, nie szuraniem krzeseł, tylko pustką, która odbijała każdy krok i robiła z korytarzy coś obcego. Wiktoria szła przy ścianie, z plecakiem mocno zaciśniętym na ramieniu, i co chwilę zerkała w stronę portierni. Nie powinna tu być. Wszyscy już wyszli, nawet nauczyciele zniknęli za drzwiami i w windzie, a ona nadal kręciła się po budynku, jakby czekała na coś, czego sama nie umiała nazwać.
Od kilku tygodni w szkole krążyły plotki. Ktoś przysięgał, że słyszał płacz pod schodami. Ktoś inny widział światło w sali biologicznej, chociaż drzwi były zamknięte na dwa zamki. Wiktoria nie lubiła takich historii. Nie wierzyła w duchy ani w szkolne legendy. A jednak za każdym razem, gdy mijała ten fragment korytarza, miała wrażenie, że powietrze robi się cięższe, chłodniejsze, jakby ktoś zaraz miał stanąć tuż za jej plecami.
Dzisiaj przyszła sprawdzić to sama.
Zapach kurzu, kredy i mokrych płaszczy wisiał w powietrzu tak gęsto, że aż drapał w gardło. Zegar nad tablicą informacyjną tykał za głośno. Na końcu korytarza, przy schodach prowadzących na piętro, światło z jarzeniówek migało nerwowo, jakby też nie było pewne, czy chce tu świecić. Wiktoria zatrzymała się na chwilę, wpatrując się w ciemniejszy fragment ściany obok starej szatni.
Wtedy usłyszała dźwięk, którego nie dało się pomylić z niczym innym.
Ciche, urwane chrupnięcie. Jakby ktoś przestąpił z nogi na nogę.
Zamarła. Po chwili doszedł do tego jeszcze jeden odgłos, lżejszy, niemal niewiarygodny, ale wyraźny w tej ciszy. Krótki śmiech. Nie głośny, nie złośliwy. Raczej taki, od którego po plecach przechodzi zimno, bo brzmi zbyt blisko.
Wiktoria wstrzymała oddech. Serce zaczęło jej walić tak mocno, że aż czuła je w gardle. Powinna odwrócić się i wyjść, zanim ktoś zauważy, że włóczy się po szkole po godzinach. Powinna wrócić na parter, minąć portiernię i udawać, że niczego nie słyszała.
Ale z szatni naprzeciwko dobiegł szept.
Bardzo cichy. Prawie połknięty przez mrok.
„Nie bój się”.
Drzwi były uchylone tylko na kilka centymetrów. Z wnętrza sączył się bladawy blask, za słaby, by rozjaśnić cokolwiek, ale dość wyraźny, żeby pokazać drżącą linię framugi. Wiktoria poczuła, że dłonie ma lodowate. Przez sekundę miała ochotę cofnąć się o cały korytarz, lecz coś mocniejszego niż strach kazało jej podejść bliżej.
Pchnęła drzwi jednym ruchem.
W środku było ciemno, chłodno i zdecydowanie za cicho, a potem coś poruszyło się tuż obok niej, w miejscu, którego nie powinna była nawet widzieć...