Gdy na Wilczych Wzgórzach pojawia się obcy trop, młoda wataha Torkela musi zdecydować, czy zaryzykować wszystko, by poznać prawdę. Coś w lesie nie brzmi jak żaden znany im drapieżnik.
Na północnym skraju Wilczych Wzgórz świerki rzucały długie, poszarpane cienie na zimną ziemię, a wieczór zsuwał się między pnie jak wilgotna mgła. Torkel stał nieruchomo na granicy urwiska i patrzył na las, który znał od szczenięcia. Tego samego lasu nie poznawał jednak od wczorajszej nocy.
Wtedy ciszę rozdarł dźwięk, jakiego nikt z nich jeszcze nie słyszał. Nie skowyt. Nie ryk. Coś ciężkiego, obcego, zbyt głębokiego, by mogło należeć do zwierzęcia, które znały wilcze uszy.
Teraz Torkel zebrał watahę w jednym miejscu. Przy nim stała Ylvi, zbyt pewna siebie, by przyznać, że też jest spięta. Freya milczała, ale jej nozdrza drżały, gdy łapała zapachy niesione przez wiatr. Rune przestępował z łapy na łapę, najmłodszy z nich, jeszcze nie dość szybki, by nadążyć za tropem, ale już dość uparty, by nie zostać z tyłu.
– Słyszeliście to wszyscy? – odezwała się Ylvi, nie odrywając wzroku od czerni pod drzewami.
– I wyczułam – odpowiedziała Freya cicho. – Coś dużego. Za duże na lisa, zbyt ciężkie na wilka. Pachniało obco.
Rune przełknął ślinę.
– Czyli naprawdę weszło na nasze terytorium?
Torkel powiódł wzrokiem po ich twarzach. W jego gardle narastało napięcie, które trudno było nazwać strachem, ale jeszcze trudniej było je zignorować.
– Jeśli weszło raz, może wrócić – powiedział. – Nie będziemy czekać, aż samo zdecyduje, co z nami zrobić. Idziemy po tropie jeszcze tej nocy.
Ruszyli, zanim którykolwiek z nich zdążył się rozmyślić. Igliwie tłumiło kroki, powietrze było ostre i wilgotne, a każdy oddech niósł ze sobą nowy ślad zapachu: ziemi, mokrego drewna, krwi i czegoś, czego żaden z nich nie umiał nazwać. Trop prowadził przez wąski jar, gdzie echo odbijało nawet najlżejsze poruszenie, jakby samo wzgórze nasłuchiwało razem z nimi.
Po dłuższej chwili dotarli na polanę, której Torkel nie znał. Trawa była tu niska, spłaszczona, a pośrodku stały martwe drzewa o powykręcanych konarach, jakby coś dawno temu wypaliło z nich życie. Na ziemi leżały resztki jelenia, rozrzucone niedbale, zbyt niedawne, by mogły należeć do porannego polowania. Ktoś jadł tutaj w pośpiechu. Albo coś.
Freya zbliżyła się pierwsza. Jej uszy drgnęły, gdy odnalazła ślad w miękkiej ziemi.
– To nie jest wilk – szepnęła.
Rune pochylił się nad odciskiem i cofnął odruchowo łapę.
Był ogromny. Zbyt szeroki, z pazurami zostawiającymi głębokie nacięcia w błocie. Nie przypominał niczego, co widzieli w tych górach.
– Wróci – powiedział Rune, a jego głos zbladł do ledwie słyszalnego szeptu. – Czuję to.
W tej samej chwili gdzieś po drugiej stronie polany trzasnęła gałąź.
Wszystkie cztery wilki zastygły. Nawet wiatr ucichł na moment, jakby las wstrzymał oddech. Z ciemności wyłoniły się dwa jasnożółte oczy, a zaraz potem sylwetka tak duża, że cień pod nią zdawał się poruszać własnym życiem. Torkel zrobił krok naprzód, choć serce waliło mu jak oszalałe.
Obca istota zatrzymała się tuż na skraju światła.