Echo wśród Murów Rubińskiego Pałacu

Letniej nocy Michał, Lena i Artur wracają do opuszczonego pałacu w Rubińskim Mieście i trafiają na komnatę, w której wyobraźnia zaczyna zmieniać się w coś niepokojąco realnego.

Noc w Rubińskim Mieście wisiała nisko i ciężko, pachniała rozgrzaną cegłą, kurzem oraz lipami, które rosły przy starych ulicach jak milczący strażnicy. Michał, Lena i Artur wrócili tu po latach, już nie jako dzieci z obdrapanymi kolanami, ale też nie do końca jak obcy. Miasto rozpoznawało ich po krokach, a oni rozpoznawali w nim ten sam dawny niepokój, który nigdy nie zniknął do końca.

Siedzieli na ławce naprzeciw Rubińskiego Pałacu. Czerwona fasada ciemniała w półmroku, wysokie okna odbijały nikłe światło księżyca, a zrujnowany front wyglądał, jakby od lat czekał na czyjś błąd. Za żelaznym ogrodzeniem chwasty rosły bezwstydnie wysoko, wgryzając się w kamień i cegłę. Miejsce miało w sobie coś z opuszczonego teatru, który dawno przestał grać, ale wciąż pamięta wszystkie role.

Michał parsknął cicho, choć wcale nie było mu do śmiechu. Artur uśmiechnął się tym swoim krzywym, zbyt pewnym siebie uśmiechem, który zwykle oznaczał kłopoty albo genialny pomysł. Tego wieczoru mogło chodzić o jedno i o drugie.

Nie musieli niczego sobie udowadniać, a jednak wszyscy wiedzieli, że jeśli teraz odejdą, pytanie zostanie z nimi na długo. Więc przeskoczyli przez zardzewiałą siatkę, ostrożnie, z palcami zaczepiającymi o drut. Pokrzywy smagnęły ich po łydkach, buty zapadały się w wilgotnej ziemi, a kiedy Lena pchnęła drzwi, wnętrze odpowiedziało głuchym jękiem, jakby budynek obudził się z bardzo złego snu.

W środku panował chłód. Kurz unosił się w powietrzu przy każdym oddechu, wilgoć zbierała się na ścianach cienką, matową skórą, a echo ich kroków wracało z opóźnieniem, obce i zbyt wyraźne. Michał miał wrażenie, że ktoś idzie za nimi tuż poza zasięgiem wzroku, choć kiedy się odwracał, widział tylko ciemność i porzucone meble pod białymi prześcieradłami pajęczyn.

W jednej z sal Artur pierwszy dostrzegł zejście w dół. Wąskie schody ginęły pod posadzką, tak ciasne, że bardziej przypominały przejście do miejsca, które nigdy nie powinno istnieć. Nad nimi wisiał portret mężczyzny o twarzy zbyt spokojnej, by budzić zaufanie. Najdziwniejsze były oczy - ciemne, ale z ledwo uchwytnym czerwonym połyskiem, jak żar tlący się pod popiołem.

Lena zwolniła. - Mówią, że w pałacu zdarzały się rzeczy, których nikt potem nie umiał opisać - powiedziała ciszej, niż zamierzała.

Nie zdążyła dokończyć.

Coś stuknęło za ścianą. Jeden krótki, suchy dźwięk, jak paznokieć przesunięty po kamieniu.

Artur odsunął się od obrazu pierwszy. Schody skrzypnęły pod ich ciężarem, gdy schodzili niżej, coraz głębiej, w chłód i ciemność, która zdawała się gęstnieć z każdym stopniem. Na końcu korytarza czekały metalowe drzwi. Były ciężkie, stare i pokryte płaskorzeźbami fantastycznych stworzeń, splątanych ze sobą w ruchu tak gwałtownym, jakby próbowały wyrwać się z kamienia.

Pośrodku drzwi tkwił rubin.

Nie wyglądał jak ozdoba. Bardziej jak coś wciśniętego w sam środek zamknięcia, jak oko, które nigdy nie przymyka powiek.

Artur wyciągnął rękę.

Gdy dotknął kamienia, powietrze zadrżało. Najpierw lekko, niemal niezauważalnie, potem tak mocno, że kurz poderwał się z podłogi, a metalowe drzwi odpowiedziały niskim, przeciągłym pomrukiem. Ściany zafalowały, linie zaczęły się rozmywać, światło rozpadło się na plamy i odpryski, a wszystko wokół - schody, portret, mrok, twarze przyjaciół - pękło nagle jak powierzchnia wody uderzona kamieniem.

Zapadła cisza tak głęboka, że aż niepokojąca.

Kiedy otworzyli oczy, pałac nie był już ruiną. Sufit tonął w bladym blasku, nad ich głowami unosiły się świetlne ryby, a po ścianach przesuwały się cienie stworzeń zbyt wielkich i zbyt smukłych, by mogły należeć do świata, który znali. Z wnętrza komnaty dobiegało rytmiczne, ciężkie bicie - jak serce ukryte pod kamieniem.

Michał cofnął się o krok. - To nie jest możliwe - wyszeptał.

W tej samej chwili z głębi sali odezwał się głos, spokojny, obcy i wyraźnie rozbawiony: