Echo z Ciemnego Nieba: Tajemnica Orpheon

Na kolonii Orpheon Sara, Leo i Joon trafiają na sygnał, który nie powinien istnieć. Im głębiej w niego wchodzą, tym bardziej rzeczywistość kolonii zaczyna pękać.

Niebo nad Orpheon wisiało nisko i obco, jakby ktoś przygasił cały świat jednym ruchem dłoni. Chmury przesuwały się z nienaturalnym spokojem, a nad miastem unosił się ciężki połysk wilgoci i energii płynącej wzdłuż biotycznych ulic.

Sara stała na krawędzi platformy obserwacyjnej i patrzyła w dół na metropolię rozciągniętą pod wieżą transmisyjną. Światła dzielnic pulsowały leniwie, zgodnie z rytmem impulsów wydawanych przez rdzeń planety. Jeszcze rok temu Orpheon wydawał jej się spełnieniem wszystkich ziemskich marzeń o przyszłości. Teraz coraz częściej wyglądał jak miejsce, które coś ukrywa.

Od kilku tygodni zakłócenia wracały bez ostrzeżenia. W komunikatorach pojawiał się szum, hologramy rozpadały się na geometryczne bloki, a czasem przez sekundę całe pomieszczenia wyglądały, jakby były źle złożoną kopią samych siebie. Nikt nie potrafił powiedzieć, skąd to się bierze. Albo nie chciał.

Leo czekał już przy panelu serwisowym, oparty o stalową barierkę, z rękawem podwiniętym do łokcia, jakby upał Orpheon nie robił na nim żadnego wrażenia. Joon klęczał obok z przenośnym analizatorem, którego ekran migał niespokojnie niebieskim światłem.

– To wróciło – powiedział Leo, zanim Sara zdążyła cokolwiek zrobić. – I tym razem uderzyło w zachodnie sektory. Pół sieci milczy.

Sara zacisnęła dłonie na pasku torby. – Powinniśmy zgłosić to dorosłym.

Wypowiedziała to szybciej, niż chciała, i od razu pożałowała. Wszyscy troje wiedzieli, co znaczyło „zgłosić”. Konsorcjum nie pytało o szczegóły. Najpierw odcinało dostęp, potem zabierało sprzęt, a na końcu ludziom zostawały tylko zamknięte drzwi i pytania, na które nikt nie odpowiadał.

Joon podniosła wzrok znad ekranu. Jego twarz była blada w migającym świetle analizatora.

– Już nie chodzi o zakłócenia w sieci – powiedział cicho. – Znalazłem wzór. To sygnał. Regularny. Powtarza się co sto trzydzieści siedem minut.

– Sygnał skąd? – zapytała Sara.

Joon przełknął ślinę i obrócił ekran w ich stronę. Linia danych pulsowała równym rytmem, zbyt czystym, zbyt uporządkowanym, by był przypadkowy. Pod spodem migał zapis lokalizacji: spoza ich przestrzeni.

Przez chwilę nikt się nie odezwał. Nawet wiatr zdawał się ucichnąć.

Leo wyprostował się powoli. – Coś nadaje do nas z zewnątrz.

Sara poczuła lodowaty dreszcz na plecach. Zanim zdążyła odpowiedzieć, całą wieżę przeszył niski metaliczny pomruk. Ekran analizatora zgasł. Potem zgasły światła miasta.

Ciemność spadła na Orpheon tak nagle, że przez sekundę wydawało się, iż planeta przestała oddychać. Na horyzoncie błysnęła smuga, a zaraz po niej nad metropolią zaczęła wyłaniać się ogromna, bezdźwięczna sylwetka, zawieszona nieruchomo w powietrzu.

Sara odruchowo cofnęła się o krok.

I wtedy z ciemnego nieba dobiegł ich głos.