Emil trafia do niezwykłej krainy, gdzie emocje mają kolory i własne domy. Spotyka Zuzię i staje przed tajemniczym Labiryntem Zdziwienia.
Rano Emil obudził się z dziwnym mrowieniem w brzuchu. To był dzień, w którym miał pierwszy raz pójść do nowego przedszkola. Mama postawiła przed nim miskę malinowych płatków, ale chłopiec tylko szturchnął łyżką mleko. W jego głowie kłębiły się pytania, jedno za drugim, jak małe piłeczki: czy ktoś się do niego uśmiechnie, czy znajdzie miejsce przy stoliku, czy uda mu się powiedzieć choć jedno słowo?
Kiedy szli z mamą przez kolorowy park, Emil zatrzymał się pod wielkim starym dębem. Liście zaszeleściły tak głośno, jakby drzewo chciało mu coś powiedzieć. Nagle ziemia lekko zadrżała. Emil odruchowo zamknął oczy. Gdy je otworzył, park zniknął.
Stał w zupełnie innym miejscu. Drzewa miały pomarańczowe i fioletowe korony, niebo świeciło zielenią, a nad ścieżką unosiły się puszyste chmurki, które wyglądały, jakby zaraz miały parsknąć śmiechem. Emil otworzył usta ze zdziwienia.
Z daleka pomachała mu dziewczynka z niebieskimi warkoczami. Miała jasne oczy i szeroki, odważny uśmiech.
Klasnęła w dłonie, a jej warkocze zabłysły żółtym światłem.
Emil rozejrzał się ostrożnie. Obok płynęła Rzeka Radości - różowa i ciepła, z cichym chichotem w falach. Dalej stał Domek Smutku z niebieskich kamieni, a na jego progu siedział mały pluszowy miś i kiwał łebkiem, jakby coś go bardzo martwiło. Nad łąką wznosił się Zielony Łącznik Spokoju. Jeszcze dalej czerwony mostek trząsł się i parskał, jakby miał w sobie za dużo złości.
Zuzia podbiegła do Emila i chwyciła go za rękę.
Emil poczuł, że serce zaczyna mu bić szybciej. Przed nimi stała wysoka brama z zielonych gałęzi, a zza niej dobiegał cichy szelest, jakby coś małego i nieznanego właśnie się budziło.