Fragmenty Światła

Siedemnastoletnia Lena zaczyna dostrzegać w Warszawie znaki, których nie powinno być. Im bardziej próbuje je zignorować, tym wyraźniej coś niewidzialnego odpowiada jej spojrzeniu.

Lena przycisnęła czoło do chłodnej szyby tramwaju i odgarnęła mokre włosy za ucho. Listopad rozlewał się po Warszawie ciężkim, granatowym zmierzchem, a latarnie ciągnęły po chodnikach długie, rozmazane smugi. W słuchawkach sączył się przypadkowy utwór z playlisty, wystarczająco cichy, żeby nie zagłuszyć monotonii drogi po kolejnych godzinach zajęć.

Powinna być po prostu zmęczona. Każdy normalny człowiek po całym dniu wracałby do domu i myślał tylko o ciepłym pokoju, herbacie i tym, żeby nikt niczego od niego nie chciał. Lena też próbowała się tego trzymać. Tyle że od kilku tygodni miasto zachowywało się tak, jakby coś w nim pękło i tylko ona to zauważała.

Najpierw były drobiazgi: cień przesuwający się po ścianie, chociaż nikogo nie było obok; światło nad kioskiem, które gasło zawsze wtedy, gdy przechodziła, a potem zapalało się znowu, jakby ktoś mrugnął do niej przez szybę; ślimak na parapecie trzeciego piętra, nieruchomy, zbyt uważny, jakby śledził jej ruchy podczas lekcji. Lena nie miała na to sensownego wyjaśnienia, więc nikomu nie mówiła. Nawet Kindze, która i tak od dwóch miesięcy patrzyła na nią z niepokojem, jakby czekała, aż w końcu powie coś prawdziwego.

Tramwaj numer 9 zatrzymał się przy przystanku z przeciągłym skrzypnięciem. Lena uniosła wzrok i zobaczyła na szybie obok drzwi wąski pasek fluorescencyjnej taśmy. Ktoś nakleił go tak, że w półmroku wyglądał jak znak ostrzegawczy. Na taśmie, cienkimi różowymi literami, widniało tylko: Spójrz w lewo.

Przez sekundę miała ochotę roześmiać się z własnego zmęczenia. Potem odwróciła głowę.

Wysiadła na swoim przystanku, a zimne powietrze natychmiast wcisnęło się pod kołnierz kurtki. Pachniało deszczem, mokrym metalem i czymś ostrym, niemal elektrycznym. Przy murze szkoły, który mijała codziennie, ktoś rozrysował kredą geometryczny wzór: połączone sześciokąty, a w samym środku symbol przypominający rozdarte piorunem koło. Rysunek był zbyt precyzyjny, żeby uznać go za głupi żart.

Lena wyjęła telefon i zrobiła zdjęcie.

W tej samej chwili coś trzasnęło w ogrodzie szkolnym. Odruchowo podniosła głowę. Między drzewami przesunął się cień, szybki i zbyt wysoki jak na człowieka, a potem na sekundę zobaczyła fragment sylwetki: jasną kurtkę, ciemne włosy, twarz ukrytą w półmroku. Dziewczyna. Kogoś podobnego Lena już kiedyś widziała, tylko nie potrafiła przypomnieć sobie gdzie.

Zamarła.

Nad szkołą przecięło niebo światło, krótkie i białe, jakby coś spadło z góry albo właśnie się otworzyło. Na skórze Leny przeszły ciarki. I wtedy, tuż obok muru, usłyszała głos. Cichy, znajomy i jednocześnie obcy, jak wspomnienie, które nie powinno należeć do jej życia.

Lena odwróciła się gwałtownie, ale nikogo już nie było. Tylko kredowy znak na murze drżał w bladym świetle telefonu, jakby dopiero teraz zaczynał się naprawdę...