Kacper trafia z Bartkiem i Tomkiem do starego gabinetu luster w opuszczonym parku rozrywki. Gdy odbicia zaczynają mówić własnym głosem, zabawa szybko zmienia się w kłopot.
Kacper nie przepadał za atrakcjami, które obiecywały „niesamowite przeżycia”. Zwykle kończyło się to plastikowym strachem, hałasem i poczuciem, że ktoś bardzo nieudolnie próbował sprzedać lęk w promocyjnej cenie. Ale wieczoru kawalerskiego Bartka nie dało się odpuścić, zwłaszcza że ten uparł się świętować w starym parku rozrywki na obrzeżach miasta. Po zmroku miejsce wyglądało jak dekoracja po burzy i nieudanym castingu do horroru klasy B.
Po kilku konkurencjach, dwóch wątpliwych drinkach i ucieczce przed maskotką dinozaura, która zdecydowanie za bardzo wierzyła w kontakt z publicznością, chłopaki stanęli przed najstarszą atrakcją w parku. Nad odrapanymi drzwiami wisiał wyblakły szyld: Gabinet Luster.
„Serio tam wchodzimy?” — mruknął Tomek, zerkając na Kacpra tak, jakby już szukał świadków do własnego alibi.
Bartek parsknął śmiechem i pchnął drzwi barkiem. „Przecież to tylko lustra.”
Już po pierwszym kroku było jasne, że to nie jest zwykły labirynt. W powietrzu wisiał metaliczny chłód, pod butami skrzypiała podłoga, a światło odbijało się od ścian w tak krzywym, nerwowym rytmie, jakby sam budynek miał zły humor. Kacper zobaczył siebie wysmuklonego jak rozciągnięty cień, Bartek wyglądał w jednym zwierciadle jak elegancki potwór po przejściach, a Tomek miał w odbiciu twarz człowieka, który już żałuje swojej życiowej ciekawości.
Najgorsze czekało na końcu korytarza. Za zakrętem, pod tabliczką „Ostrożnie! Strefa absurdów”, stało wielkie, pęknięte lustro w ciężkiej, ciemnej ramie.
Bartek podszedł pierwszy, zbyt pewny siebie jak na kogoś, kto przed chwilą przysiągł, że nie boi się niczego poza rachunkiem za wesele. Spojrzał w taflę i zamarł.
Odbicie mrugnęło do niego z irytacją.
„Naprawdę?” — powiedziało jego lustrzane ja, głosem identycznym, tylko bardziej cynicznym. — „Tyle lat i nadal pakujesz się w kłopoty z takim uśmiechem, jakby to był plan.”
Tomek wydał z siebie coś pomiędzy śmiechem a kaszlnięciem. Kacper już miał powiedzieć, że to pewnie ukryty głośnik, kiedy jego własne odbicie poruszyło ustami i odwróciło wzrok dokładnie w tym samym momencie co on.
„Nie oglądaj się teraz” — szepnęło.
Zanim Kacper zdążył odpowiedzieć, drzwi za nimi zatrzasnęły się z hukiem. Światła zgasły na sekundę, po czym wróciły, pulsując słabo i nerwowo. W tafli wielkiego lustra pojawiły się litery, powoli, jakby ktoś pisał je od środka paznokciem:
By wyjść, musicie przejść przez Wyzwanie Prawdy i (nie)Konsekwencji.
A potem odbicie Kacpra uśmiechnęło się do niego po raz pierwszy.