Tymek trafia do opuszczonej kamienicy na ulicy Żeglarzy i odkrywa gabinet pełen osobliwych luster. Jedno z nich odpowiada mu ruchem, którego nie powinno wykonać żadne odbicie.
Tymek lubił miejsca, do których inni zaglądali tylko z opowieści. Kiedy po szkole wracał sam przez ulicę Żeglarzy, zobaczył w oknach starej kamienicy nikły, niebieskawy błysk. Budynek stał pusty od lat, z odpadającym tynkiem i drzwiami, które nikt już nie zamykał na klucz. Dzieci z sąsiedztwa szeptały, że w środku mieszka cień. Tymek prychnął pod nosem, ale mimo to rozejrzał się ostrożnie i nacisnął ciężką klamkę.
Wewnątrz uderzył go zapach kurzu, drewna i czegoś jeszcze, czego nie umiał nazwać. Wąski korytarz prowadził do schodów, a każdy stopień jęczał pod jego butami. Na piętrze było ciszej niż w bibliotece. Tylko na końcu korytarza migotało blade światło, jakby ktoś trzymał tam zasłoniętą lampę.
Tymek pchnął drzwi i zamarł.
Gabinet był cały wyłożony lustrami. Jedne wisiały krzywo na ścianach, inne stały na podłodze oparte o meble, jeszcze inne miały ramy powyginane jak gałęzie po burzy. W środku stał fotel przykryty srebrzystą tkaniną, a na półce spoczywała stara księga z wytłoczonym napisem: Gabinet Luster Pana Tenebrysa.
Kiedy Tymek wyciągnął po nią rękę, okładka sama się otworzyła. Na pierwszej stronie widniał rysunek klucza i zdanie zapisane cienkim, poszarpanym pismem: To, co zobaczysz w tych lustrach, nie zawsze należy do ciebie.
Chłopiec przełknął ślinę i odruchowo spojrzał w najbliższe zwierciadło. Jego odbicie spóźniło się o ułamek sekundy, po czym uniosło kącik ust w dziwnym uśmiechu. Tymek cofnął się o krok. W tej samej chwili wszystkie lustra zapłonęły chłodnym blaskiem, a największe z nich rozjarzyło się tak mocno, że w jego srebrnej powierzchni zaczęło się coś otwierać. Z wnętrza popłynął szept: