Gadające gadżety z pracowni pana Hektora

Trzynastoletni Tymon wchodzi do starej pracowni zegarmistrza Hektora i odkrywa, że przedmioty nie tylko się poruszają, ale też mówią.

Wąska brukowana uliczka na skraju miasta zawsze wydawała się Tymonowi miejscem, w którym coś zostało przestawione o kilka sekund za późno. Za sklepem z używaną elektroniką stała niska kamienica z wyblakłym szyldem: Pracownia Zegarmistrzowska Hektora. Drzwi były ciężkie, porysowane i skrzypiały tak, jakby miały własne zdanie na temat każdego, kto próbował je otworzyć. Z wnętrza sączył się zapach starego drewna, kurzu i smaru, ale pod nim czaiło się coś jeszcze, metalicznego i chłodnego, jak wilgoć przed burzą.

Tymon mijał to miejsce setki razy na rowerze. Tego dnia, trzynastego dnia miesiąca, zatrzymał się jednak przed wejściem i przez dłuższą chwilę tylko patrzył na ciemne okna. Miał w kieszeni zegarek po dziadku. Od miesięcy stał bez ruchu, a wskazówki ani drgnęły, choć Tymon nakręcał go ostrożnie niemal codziennie. Nie wiedział, dlaczego akurat dziś postanowił tu wejść. Może przez chmury wiszące nisko nad ulicą. Może przez ciszę. A może przez to, co usłyszał rano, gdy ktoś rzucił mimochodem, że pan Hektor nie naprawia tylko zegarków.

Dzwonek nad drzwiami zabrzmiał zbyt głośno. Tymon aż się wzdrygnął.

W środku nie było zwykłego warsztatu, tylko gęsto upchane pomieszczenie, bardziej podobne do magazynu cudów niż do sklepu. Na półkach stały zegary różnej wielkości, lampy z popękanymi abażurami, globusy z pożółkłymi mapami, miedziane miarki, pudełka bez etykiet i samowar z wygiętym dziobkiem, który rzeczywiście wyglądał, jakby kogoś z siebie wyśmiewał. W kącie tykało tyle mechanizmów naraz, że dźwięk zamieniał się w nerwowy szept.

Za ladą nikogo nie było.

Tymon zrobił krok, potem drugi. Palce mocniej zacisnęły się na zegarku dziadka. Nagle spod stołu dobiegł go cichy stuk, a zaraz potem przeciągłe: tyk... tyk... tyk... jakby coś małego próbowało wyrwać się z ciemności. Schylił się ostrożnie i zobaczył mosiężny budzik, nie większy od dłoni, który podskakiwał na cienkich nóżkach, jakby naprawdę szukał równowagi.

Budzik miał na cyferblacie namalowane oczy. I właśnie te oczy spojrzały prosto na Tymona.

— W końcu — odezwał się chrapliwie, ale wyraźnie. — Mógłbyś mi pomóc, chłopcze? Hektor znowu zniknął, a mój kluczyk leży gdzieś pod stertą gratów.

Tymon cofnął rękę tak gwałtownie, że uderzył łokciem o ladę.

— Ty... mówisz? — wydusił.

— W tym miejscu to jeszcze nic nadzwyczajnego — mruknęło z głębi pracowni.

Tymon odwrócił się gwałtownie. Ze starej szafki wystawał zakurzony dziobek imbryka, a jego pokrywka uniosła się o włos, jakby parzył się samym spojrzeniem na chłopaka.

— Jeśli już tu stoisz, to przynieś wodę — syknął imbryk. — Od pół wieku mam wyschnięte gardło.

Tymon patrzył raz na budzik, raz na imbryk, nie wiedząc, czy ma uciekać, czy się obudzić. Wtedy coś poruszyło się w jego kieszeni. Zegarek po dziadku zadrżał, po czym wskazówki zaczęły cofać się w zawrotnym tempie.

— Nie dotykaj niczego bez namysłu — powiedział zachrypnięty głos, tak niski i zmęczony, że aż mroził skórę. — W tej pracowni każdy przedmiot pamięta więcej, niż powinien.

Tymon przycisnął zegarek do dłoni. Metal był nagle lodowaty.

Drzwi za jego plecami otworzyły się bez ostrzeżenia. Do środka wszedł pan Hektor, wysoki, szczupły, z rozwichrzonymi siwymi włosami i uśmiechem, który nie uspokajał, tylko jeszcze bardziej niepokoił. Miał w oczach błysk jasny jak srebro na tarczy zegara.

— Widzę, że już się poznaliście — powiedział cicho.

Za jego plecami coś zagrzechotało. Stary gramofon, stojący dotąd nieruchomo na komodzie, nagle sam uniósł ramię, a z jego tuby popłynęła melodia, której Tymon nigdy wcześniej nie słyszał. Wszystkie zegary w pracowni ucichły w jednej chwili. Nawet budzik pod stołem przestał się kołysać.

Pan Hektor zamknął drzwi. Tymon poczuł, jak po plecach przebiega mu zimny dreszcz.

Gramofon zaszumiało, zatrzeszczało i w końcu odezwał się głosem tak głębokim, że aż drżały szyby.

— Teraz twoja kolej, Tymonie...

Zanim chłopak zdążył odpowiedzieć, światło w pracowni zamigotało, a wszystkie wskazówki zaczęły obracać się coraz szybciej, w przeciwnych kierunkach.