Bartek znajduje starego, gadającego parasola. W deszczowy wieczór ruszają razem na dach kamienicy, gdzie między kominami zaczynają migotać tajemnicze światełka.
Na poddaszu starej kamienicy Bartek wypatrzył coś schowanego za skrzynką z narzędziami. To był parasol. Stary, kolorowy, w kropki, z haftowanymi literami na rączce. Wyglądał tak, jakby od dawna czekał właśnie na niego.
Bartek podniósł go ostrożnie.
– Ej, delikatniej z rączką! – odezwał się parasol cienkim głosikiem.
Chłopiec aż cofnął rękę. – Ty mówisz?
– Jasne, że mówię. Mam na imię Parasolek – odparł parasol i lekko zaszurał materiałem. – Tylko nikt mnie już dawno nie otwierał.
Za oknem padał deszcz. Krople stukały o szybę, a wiatr świstał gdzieś wysoko nad dachami.
Parasolek przekrzywił się w stronę małego okienka.
– Chodź ze mną na dach. Z góry widać całą ulicę. A czasem nawet więcej.
Bartek spojrzał na ciemne niebo i na stare drabinki prowadzące wyżej. Serce zabiło mu szybciej.
Otworzył okienko i poczuł chłodne, mokre powietrze. Razem z Parasolkiem wspiął się na dach, krok po kroku, bardzo cicho, żeby nie obudzić kamienicy.
Gdy stanęli na dachówkach, Parasolek rozłożył się z cichym trzepotem, jak kolorowy ptak.
– Patrz tam! – szepnął.
Bartek spojrzał ponad dachy innych kamienic i zobaczył drobne światełka migające jedno po drugim. Niektóre były żółte, inne niebieskie, a jedno mignęło tak blisko, jakby ktoś stał tuż za kominem.
Wtedy coś błysnęło obok nich. Tuż przy kominach.