Załoga „Odysei” trafia w mgławicy Rho-Tau na planetę, która odpowiada na ich sygnały. Im bliżej są odpowiedzi, tym wyraźniej czuć, że ktoś albo coś przejmuje nad nimi kontrolę.
Metaliczny kadłub „Odysei” ciął mrok przestrzeni jak ostrze, a fiolet mgławicy Rho-Tau oblepiał iluminatory chłodnym blaskiem. Na mostku kapitan Lena Zaręba wpatrywała się w rosnący na ekranach cień nowo odkrytej planety. Obok niej komandor Mikołaj Bajda stał nieruchomo, z dłońmi zaciśniętymi za plecami, jakby samym milczeniem próbował utrzymać statek w ryzach. Wera Oniszczenko przewijała kolejne warstwy danych, a astrobiolog Maksymilian Cichy niemal nie oddychał, śledząc na pulpicie pierwsze odczyty z powierzchni globu, na który ludzkość jeszcze nie postawiła stopy.
Planeta powinna była wyglądać martwo. Zbyt daleko od gwiazdy, zbyt cicha, zbyt obca. A jednak z każdą minutą urządzenia „Odysei” notowały coraz więcej anomalii: krótkie skoki energii, nieznane drgania w paśmie komunikacyjnym, impulsy, które nie przypominały żadnego naturalnego zjawiska. Najpierw zakłóciły komunikatory. Potem komputery pokładowe zaczęły same otwierać zaszyfrowane pliki, jakby ktoś po drugiej stronie już wiedział, gdzie patrzą.
– To nie jest szum kosmiczny – powiedział cicho Maks, pochylając się nad hologramem. Jego głos zabrzmiał zbyt spokojnie jak na to, co widział. – Te sekwencje powtarzają się zbyt precyzyjnie. To wygląda jak próba kontaktu.
Lena uniosła wzrok znad mapy trajektorii.
– Kontakt z czym?
Maks zawahał się tylko na moment.
– Z kimś, kto nie używa żadnego znanego nam alfabetu.
W tej samej chwili na panoramicznym ekranie rozbłysła sekwencja symboli. Nie były ani przypadkowe, ani chaotyczne. Płynęły przez przestrzeń w rytmie, który aż nazbyt przypominał znak rozpoznawczy albo zaproszenie. Fiolet przechodził w złoto, złoto w biały blask, a każdy kolejny symbol pojawiał się dokładnie tam, gdzie powinien, jakby ktoś na planecie znał położenie ich statku lepiej niż oni sami.
Wera odsunęła się od konsoli, marszcząc brwi.
– To nie jest odbicie z powierzchni. To odpowiedź systemu, który nas obserwuje.
Mikołaj odwrócił się gwałtownie w stronę głównego okna tak, jakby chciał przebić wzrokiem ciemność. Na wykresach pojawił się gwałtowny skok pola energetycznego, a po kadłubie przebiegło głuche, niskie drżenie. Nie był to już zwykły sygnał. To było ostrzeżenie.
– Zbliżamy się do granicy pola ochronnego – rzucił komandor. – Jeśli wejdziemy głębiej, nie mam pojęcia, co stanie się z napędem.
Nikt nie odpowiedział. W ciszy wyraźnie słychać było narastający puls, jak serce bijące gdzieś poza statkiem, w samym środku pustki. Ekrany przygasły, po czym rozjarzyły się na nowo, pokazując obraz, którego nie powinna wyświetlać żadna kamera: wirującą mgłę światła, zwijającą się wokół „Odysei” jak żywa tkanka.
Lena zdążyła tylko zacisnąć palce na poręczy fotela.
Potem statek został pochłonięty.
Pulsująca poświata wdarła się przez wszystkie sensory naraz. Przestrzeń załamała się w jednym, krótkim, niemożliwym błysku, a mostek zalał głos, który nie płynął z głośników, tylko rozbrzmiał wprost w ich myślach:
Przybysze z dalekiej planety... czy jesteście gotowi na przebudowę?
Zanim ktokolwiek zdążył odetchnąć, światło eksplodowało tysiącem barw.