Nocny cyrk Lunaris rozstawia się na przedmieściach, a Lena, Kuba, Zuza i Marek trafiają w sam środek przedstawienia, w którym zniknięcie dwóch artystów brzmi coraz mniej jak trik.
Deszcz wybijał na dachu starej hali nerwowy rytm, jakby ktoś z góry niecierpliwił się przed rozpoczęciem spektaklu. Przed wejściem tłoczyli się ludzie, skuleni pod parasolami i kapturami, w kolejce do jednego wieczoru z Nocnym Cyrkiem Lunaris. Lampiony kołysały się na mokrym wietrze, a spod budki z popcornem ciągnął słodki zapach cukru i karmelu, który mieszał się z chłodem asfaltu.
Lena przyszła z Kubą, Zuzą i Markiem, choć żadne z nich nie powiedziało wprost, dlaczego właśnie dziś musieli tu być. Może chodziło o nudę, może o ciekawość, która od kilku dni nie dawała im spokoju. A może o to dziwne przeczucie, że ten cyrk nie jest zwykłą atrakcją dla ludzi szukających fajerwerków i głośnej muzyki.
Kiedy weszli do środka, hala wybuchła światłem. Nad areną przeleciały akrobatki, a iluzjonista o srebrnym kucyku uniósł w powietrze szklane kule, które krążyły nad głowami widzów jak zaczarowane. Dzieci piszczały z zachwytu, ale Lena zauważyła też dorosłych, którzy przestali się uśmiechać i patrzyli na scenę z czymś bliskim niepokojowi.
Na środku areny pojawili się bliźniacy. Nie wyróżniali się niczym poza tym, że poruszali się dokładnie tak samo: ten sam krok, ten sam skłon głowy, ten sam półuśmiech, który wyglądał bardziej na sygnał niż gest dla publiczności. Marek zesztywniał. Lena od razu to zauważyła.
-Znasz ich? - wyszeptała.
Nie odpowiedział. Tylko mocniej zacisnął palce na oparciu krzesła i wbił wzrok w arenę.
Bliźniacy zaczęli pokaz od prostych sztuczek. Żonglowali, mijali się w idealnym rytmie, wymieniali spojrzenia krótsze niż mrugnięcie. Potem światła przygasły. W hali zrobiło się cicho tak nagle, że słychać było pojedyncze krople deszczu uderzające o metalowy dach.
Rozległ się krzyk.
W snopie obracających się reflektorów jeden z bliźniaków zniknął tak, jakby został wyrwany z samego środka powietrza. A sekundę później zgasło wszystko.
Kiedy światła wróciły, zniknął też drugi.
Na trybunach przeszedł szmer, najpierw zduszony, potem coraz głośniejszy. Ktoś wstał, ktoś inny nerwowo rozejrzał się po wyjściach. Na arenie stały już tylko porzucone rekwizyty i kołysząca się kurtyna. Lena poczuła, że serce bije jej zbyt szybko.
Zuza ścisnęła jej dłoń tak mocno, aż zabolało.
-Musimy sprawdzić, co tu się dzieje - wyszeptała.
Lena patrzyła na ciemny otwór za sceną, na uchyloną techniczną bramkę, z której sączył się chłodny przeciąg. I wtedy zauważyła coś jeszcze: na mokrej podłodze, tuż przy zejściu z areny, ktoś zostawił ślad buta i cienką, srebrzystą linię, jakby przez chwilę ktoś przeciągnął po betonie metalowy drut.