Głos zza szkła

Lena trafia do opuszczonego laboratorium na politechnice i odkrywa, że stare instrumenty potrafią mówić. Szybko okazuje się, że nie wszystkie chcą powiedzieć jej prawdę.

W Łukowie wszystko zaczęło się zmieniać w dniu, w którym Lena, siedemnastoletnia pasjonatka architektury, schroniła się przed burzą w opuszczonej politechnice. Miała wrócić do domu po szybkim szkicu mostu nad rzeką, ale deszcz spadł tak nagle, że zamiast szkicownika trzymała już tylko mokrą kurtkę i latarkę. Zobaczyła wtedy uchylone boczne drzwi na ostatnie piętro i, zamiast zejść po schodach na dół, poszła wyżej.

Laboratorium wyglądało tak, jakby ktoś wyszedł z niego tylko na chwilę i nigdy nie wrócił. Na stołach leżały zardzewiałe suwaki, ciężkie metalowe linijki, cyrkle z długimi jak igły nóżkami i mierniki z popękanymi szkiełkami. Pod ścianami stały dziwne modele geometryczne, precyzyjne do przesady, a jednak niepokojąco obce. Kurz przykrywał wszystko równą warstwą, jakby próbował zatrzeć ślad po czymś, co nie powinno już istnieć.

Telefon Leny zawibrował w plecaku. Wyciągnęła go odruchowo. Na ekranie, mimo włączonego trybu samolotowego, pojawiło się nowe powiadomienie: Nie jesteś tu sama. Lena zmarszczyła brwi. Uznała to za dziwny błąd albo żart któregoś z komunikatorów, ale mimo wszystko odłożyła telefon ekranem do dołu.

Podeszła do największej lunety na statywie i przetarła z niej kurz rękawem. Metal był chłodny, a szkło w obiektywie miało zielonkawy połysk. Wtedy coś cicho stuknęło. Lena odwróciła głowę. Po chwili stuknięcie powtórzyło się, bliżej, wyraźniej, jakby ktoś niecierpliwie postukał paznokciem w blat.

— Ostrożniej — odezwał się głos spod jej dłoni. Chropawy, metaliczny. — Nie jestem z porcelany.

Lena cofnęła rękę tak gwałtownie, że niemal strąciła lunetę ze statywu.

— Dziękuję — mruknął drugi głos, cichszy, bardziej zmęczony, dochodzący chyba z wnętrza dużego suwaka logarytmicznego. — On lubi przesadzać.

Dziewczyna znieruchomiała. Przez sekundę próbowała wmówić sobie, że to przemęczenie, szum burzy za oknem albo echo starych rur w ścianach. Tyle że zaraz odezwała się menzurka stojąca na parapecie, a potem ktoś parsknął śmiechem z kąta sali, gdzie na metalowej półce leżał porysowany kątownik.

Instrumenty naprawdę mówiły. I co gorsza, zdawały się wiedzieć, że Lena je słyszy.

— Dobrze, że przyszłaś — powiedział głos z lunety, już spokojniej. — Nie każdy potrafi nas zrozumieć.

— Albo chce — dodał suwak.

Lena przełknęła ślinę. Chciała zapytać, co to wszystko znaczy, ale zamiast odpowiedzi dostała tylko ciszę, w której coś zaczęło się budzić. Lampki na starej tablicy rozdzielczej mignęły jeden po drugim, choć nikt ich nie dotykał. W tej samej chwili drzwi laboratorium zatrzasnęły się z głuchym hukiem.

Na blacie przed Leną cyrkiel drgnął sam z siebie, uniósł jedno ramię i zaczął rysować cienką, idealnie prostą linię po zakurzonej powierzchni biurka.

— Teraz pokażemy ci coś, czego nikt nie powinien był znaleźć — powiedział głos zza szklanej menzurki.

A potem wszystkie światła zgasły naraz.