W opuszczonym liceum przy ulicy Szarych Dębów Lena, Kacper i Wiktor trafiają na przedmioty, które zaczynają mówić. Im głębiej wchodzą, tym wyraźniej czują, że szkoła pamięta coś, czego nie powinna pamiętać.
Budynek dawnego liceum przy ulicy Szarych Dębów od lat straszył pustymi oknami i odpadającym tynkiem. Wieczorem wyglądał jak martwa skorupa, ale Lena miała wrażenie, że tylko czekał. Kacper sprawdzał latarkę po raz trzeci, a Wiktor udawał luz, choć co chwilę zerkał w stronę ciemnych szyb.
Przyszli tu nie dla zabawy. Mówiło się o zamkniętej sali, o znikających szkolnych dziennikach i o tym, że po korytarzach nocami słychać kroki. Lena nie wierzyła w legendy, dopóki nie zobaczyła tego miejsca z bliska. Teraz jednak nawet ona czuła na karku nieprzyjemny chłód.
Weszli przez uchylone boczne drzwi. W środku pachniało kurzem, wilgocią i starym papierem. Ich kroki rozbijały ciszę na ostre, nieprzyjemne dźwięki. Korytarz ciągnął się przed nimi jak zbyt długi oddech, a światło latarek zatrzymywało się na obdrapanych ścianach, połamanych ławkach i tablicach ogłoszeń pokrytych zżółkłymi kartkami.
Lena podeszła do sali biologicznej. Na ościeżnicy wisiała zardzewiała metalowa klamka, ciężka i zimna jak lód. Gdy położyła na niej dłoń, skrzypnięcie przecięło powietrze tak nagle, że aż odskoczyła.
— Nie teraz — odezwał się głos. Chrapliwy, niski, wyraźnie zirytowany. — Dziesięć lat ciszy i właśnie wy musieliście mnie ruszyć.
Kacper zamarł z otwartymi ustami. — To byłeś ty? — wyszeptał.
— Ja? — prychnęła klamka. — Jedni przyszli po plotki, inni po wspomnienia. Wy najwyraźniej po kłopoty.
Zza ich pleców dobiegł kolejny dźwięk. Tym razem spokojniejszy, suchy i chłodny, jak szelest przewracanej kartki. Stara tablica wisząca na ścianie, popękana w rogu i pokryta resztkami kredy, przemówiła bez cienia wahania:
— Nie powinniście byli wracać.
Wiktor odwrócił się tak gwałtownie, że latarka omal nie wypadła mu z ręki. — To niemożliwe — powiedział, ale sam nie brzmiał przekonująco.
Na tablicy, bez niczyjej dłoni, zaczęła pojawiać się biała kreska. Potem druga. Trzecia. Kreda przesuwała się po powierzchni sama, zapisując znaki, których Lena nie umiała odczytać, a jednak od razu wiedziała, że nie są przypadkowe.
Krzesła w sali biologicznej przesunęły się po podłodze z cichym, jednoczesnym jękiem. Coś stuknęło głęboko w środku budynku. Potem jeszcze raz. Jakby ktoś albo coś przechodziło przez ciemność po drugiej stronie ściany.
Lena wyciągnęła telefon, lecz ekran zgasł, zanim zdążyła cokolwiek zobaczyć. Wiktor przysunął się do okna i pobladł.
— Nie jesteśmy tu sami — powiedział.
W szybie odbijała się sylwetka, której nie było w sali. Stała za nimi, nieruchoma, zbyt wysoka, z twarzą ukrytą w ciemności.
Klamka na drzwiach poruszyła się jeszcze raz.
— Teraz już wiecie za dużo — szepnęła. — I właśnie wrócił ktoś, kto nie powinien was zobaczyć.
Drzwi otworzyły się same z głuchym jękiem, a z wnętrza sali wysunął się cień, którego żadne z nich nie potrafiło nazwać.