Granice światów

Lena i Szymon po lekcjach trafiają do ukrytych drzwi pod liceum, a burza nad miastem otwiera im przejście do miejsca, którego nie powinno być po drugiej stronie.

Lena nienawidziła zostawać w szkole po zmroku. Stare liceum zmieniało się wtedy w coś obcego: długie korytarze pustoszały, jarzeniówki mrugały nerwowo, a każdy grzmot odbijał się od ścian jak ostrzeżenie. Tego wieczoru miała już tylko wyjść do domu, ale Szymon zatrzymał ją w ostatniej chwili.

Nie ufała jego tonowi. Był zbyt spokojny jak na kogoś, kto właśnie prowadził ją w głąb piwnicy, między regały pełne zakurzonych segregatorów i pudeł opisanych odręcznie, niektóre tak stare, że litery zdążyły zblednąć. Burza na zewnątrz przybierała na sile, wiatr tłukł w zakratowane okienka, a w podziemiach unosił się zapach wilgoci i rdzy.

Szymon nagle przystanął przy ścianie, tam, gdzie Lena widziała tylko odpadający tynk i wąski cień.

Dopiero po chwili dostrzegła metalowe drzwi. Zardzewiałe, ciężkie, zupełnie niepasujące do reszty budynku. Na ich powierzchni widniał znak, którego nie potrafiła od razu nazwać: coś między spiralą a krzyżującymi się liniami, jakby ktoś wyrył go nie ręką, lecz pośpiechem.

Lena zmrużyła oczy. - Ty już tu kiedyś byłeś.

Nie zaprzeczył. To wystarczyło, żeby poczuła chłód, nie ten z piwnicy, tylko głębszy, pod skórą. Kiedy położyła dłoń na klamce, metal był lodowaty, jakby od miesięcy nie dotykało go nic żywego. Drzwi drgnęły. W ciszy rozległ się niski skrzyp i nagle ustąpiły.

Za nimi nie było zwykłej piwnicy.

Ziała ciemność przecięta bladym, drżącym światłem. Z wnętrza ciągnęło zimnym powietrzem, ostrym jak przed burzą. Lena zrobiła krok do przodu, potem drugi, a Szymon wszedł za nią bez słowa. Pod butami chrzęściły rozbite płytki, ściany znikały w mlecznej mgle, która wiła się nisko przy ziemi, jakby coś oddychało tuż pod ich stopami.

Im dalej szli, tym mniej przypominało to szkolne podziemia. Korytarz wydłużał się niemożliwie, zakręcał tam, gdzie wcześniej nie było żadnego przejścia, a z głębi dobiegał cichy, regularny odgłos kroków. Nagle po prawej stronie rozbłysła fioletowa poświata, ostra i nienaturalna, rozlewając się po mokrej podłodze.

Lena zatrzymała się tak gwałtownie, że Szymon niemal na nią wpadł.

Z mroku wyłoniła się wysoka postać w długim, połyskującym płaszczu. Kaptur zasłaniał twarz, ale i tak czuła na sobie czyjś wzrok. Mgła zgęstniała wokół nich, odcinając drogę powrotną i wygaszając ostatnie światło z piwnicy za plecami.

Lena poczuła, że Szymon napina się obok niej.

A potem postać zrobiła jeszcze jeden krok naprzód i fioletowa poświata rozjarzyła się tak mocno, że za jej plecami na ułamek sekundy zamigotał kolejny świat.