Czwórka licealistów podczas praktyk na opuszczonej stacji Oberon trafia na ukryty poziom. Za metalowymi drzwiami czeka coś, czego nie ma na żadnym planie.
Stacja kosmiczna Oberon dryfowała na granicy Układu Słonecznego jak zapomniany wrak, zbyt stary, by jeszcze kogokolwiek obchodzić, i zbyt ogromny, by dało się udawać, że nie istnieje. Dla większości załóg była tylko plamą na mapie. Dla Mai, Filipa, Emmy i Alexa była ostatnim dniem praktyk naukowych i pierwszą okazją od tygodni, żeby poczuć coś więcej niż zmęczenie, nudę i zapach sterylnego powietrza.
Gdy sztuczny zmierzch stacji przygasł nad głównym pokładem, czwórka nastolatków wymknęła się do sekcji technicznej. Latarki przecinały ciemność krótkimi, drżącymi smugami światła. Interkomy syczały cicho przy każdym oddechu. Pod podeszwami rezonowała stal, a echo ich kroków wracało z korytarzy szybciej, niż powinno.
– Jeśli mapy są aktualne, to dalej powinien być tylko magazyn części – powiedział Filip, zerkając na tablet. Ekran rozświetlał mu twarz ostrym, niebieskim światłem.
Emma szła tuż za nim, z dłonią zaciśniętą na pasku plecaka. – Podobno ostatni zespół inżynierów wszedł właśnie tędy i już nie wrócił – rzuciła półgłosem. Nie zabrzmiało to jak ostrzeżenie. Bardziej jak wyzwanie.
– Super, dzięki za poprawę nastroju – mruknął Alex, ale nawet on mówił ciszej niż zwykle.
Maja nie odpowiedziała. Uważnie obserwowała ściany. Oberon był za cichy. Nie pusty, tylko wyciszony w sposób, który drażnił nerwy. Coś w tej ciszy nie pasowało do stacji, która powinna jeszcze pracować na rezerwach systemów podtrzymywania życia.
Zatrzymała się przy masywnych drzwiach prowadzących w głąb korytarza. – Filip, sprawdź to jeszcze raz.
Chłopak przywołał plan. Przesuwał palcem po schemacie, marszcząc brwi coraz mocniej. – Tu nie powinno nic być. Ściana. Zwykła sekcja wzmacniająca.
Maja pochyliła się nad ekranem. Na planie, ledwie widoczna, ciągnęła się cienka linia, jakby ktoś kiedyś spróbował coś ukryć i źle zamazał ślad. Zanim zdążyła cokolwiek powiedzieć, Alex zmrużył oczy i wskazał ścianę obok panelu sterowania.
– To było tam od początku? – spytał.
Wśród zużytych paneli wystawała wąska metalowa dźwignia, niemal zlana z obudową. Nikt jej wcześniej nie zauważył, choć minęli to miejsce już dwa razy. Emma odsunęła się odruchowo, ale po sekundzie wróciła i objęła dźwignię palcami.
– Nie ruszaj tego – powiedział Filip za późno.
Emma pociągnęła.
Najpierw nic się nie stało. Potem podłoga pod nimi zadrżała tak mocno, że wszyscy instynktownie cofnęli się o krok. Z głębi stacji dobiegł niski, metaliczny jęk. Panel w podłodze rozsunął się powoli, odsłaniając wąskie schody schodzące w czarną otchłań.
Przez chwilę nikt się nie ruszył.
Latarki nie sięgały dna. Z dołu bił chłód, jakby ktoś otworzył drzwi do miejsca, które od dawna nie miało prawa istnieć.
– Chyba nie mamy zamiaru tam iść – powiedział Alex, ale zabrzmiało to bardziej jak próba przekonania samego siebie.
Maja spojrzała na pozostałych. W świetle latarek widziała ich napięte twarze i ten sam błysk w oczach, który miała pewnie też ona: strach zmieszany z ciekawością, której nie dało się już zatrzymać.
– Jeśli to jest ukryte, ktoś nie chciał, żebyśmy to znaleźli – odezwała się cicho. – Właśnie dlatego musimy sprawdzić, co tam jest.
Schodzili jeden za drugim, coraz głębiej pod główny poziom stacji. Powietrze stawało się zimniejsze, cięższe, a każdy krok brzmiał jak naruszenie czegoś dawno zamkniętego. Korytarz kończył się ciężkimi drzwiami z matowej stali. Na ich powierzchni widniał symbol, którego żadne z nich nie znało: okrąg przecięty trzema cienkimi liniami, jak gwiazda zamknięta w klatce.
Filip przystanął pierwszy. – Tego nie ma na żadnej mapie.
Emma wyciągnęła rękę, zanim ktokolwiek zdążył ją powstrzymać. Dotknęła znaku.
Panel pod jej palcami zapalił się błękitnym światłem.
Drzwi syknęły i odsunęły się bez wysiłku, odsłaniając pomieszczenie pełne stłumionych refleksów, ciemnych monitorów i porzuconych modułów badawczych. Na środku stała owalna kapsuła, wysoka na człowieka, gładka jak skorupa i dziwnie czysta, jakby ktoś dopiero co ją tu przyniósł. Przez sekundę panowała absolutna cisza.
Potem kapsuła drgnęła.
Z jej wnętrza dobiegł cichy, rytmiczny puls, a ich interkomy zaskrzeczały jednocześnie. W słuchawkach rozbrzmiał zniekształcony głos, ochrypły i chłodny, jakby mówił przez wiele warstw zakłóceń:
– Nie powinniście tu być.