Gwiezdna przeprawa kapitan Luny

Na pokładzie Argo-9 Luna, Julek i Mia lecą ku Kappie-7, gdzie rzekomo nic już nie powinno działać. Gdy z martwej stacji wraca sygnał, wyprawa zmienia się w coś znacznie groźniejszego.

Komandor Luna Lewandowska stała nieruchomo przy panoramicznym oknie Argo-9 i patrzyła w głębię Andromedy. Czerń była tam gęsta, niemal materialna, rozcięta pasmami mgławic i zimnym migotem odległych gwiazd. Po tysiącu godzin w hiperprzestrzeni nawet taki widok miał w sobie coś niepokojąco pięknego.

Za jej plecami Julek pochylony był nad konsolą łączności. Przesuwał palcami po panelu odbiornika, jakby próbował wyciągnąć z ciszy odpowiedź, której nikt nie spodziewał się usłyszeć. Przy głównym reaktorze Mia kończyła korektę parametrów, a światło z ekranów rysowało na jej twarzy ostre, chłodne linie.

Ich celem była Kappa-7: asteroidowy odłamek oblepiony lodem, z dawną stacją badawczą przytwierdzoną do skały jak martwy, metalowy pasożyt. Od lat figurowała w rejestrach jako opuszczona. Od lat nikt nie powinien tam nadawać, odbierać ani czekać.

– Luna, mam coś – odezwał się nagle Julek. Głos mu przycichł, gdy ściszył szum w słuchawkach. – Sygnał ratunkowy. Z Kappy-7.

Luna odwróciła się powoli. – Jesteś pewien?

– To nie zakłócenie. Jest zakodowany, stary… bardzo stary. Jakby wysłano go trzydzieści, może więcej lat temu. Ale on nadal pracuje.

Mia uniosła wzrok znad reaktora. – To nie ma sensu. Tam od dawna nie powinno być żadnego aktywnego systemu.

– Właśnie dlatego nie wolno nam zgadywać – powiedziała Luna. Jej głos był spokojny, lecz w środku narastało napięcie, znajome i niebezpieczne zarazem. – Ile do wyjścia z nadprzestrzeni?

– Minuta i dwadzieścia sekund – odparła Mia.

Na głównym ekranie Kappa-7 wyłoniła się z rozedrganego światła jak bryła lodu zawieszona w pustce. Stacja wisiała tuż nad powierzchnią asteroidy, ciemna, oszroniona, martwa. Prawie martwa. Jedna czerwona lampka sygnałowa pulsowała na jej kadłubie z uporem, który bardziej przypominał ostrzeżenie niż wezwanie o pomoc.

Argo-9 przeszedł w zwykłą przestrzeń z drżeniem kadłuba, które przeszło przez pokład jak stłumiony grzmot. Przez moment wszyscy milczeli. Nawet systemy statku zdawały się pracować ciszej, jakby nie chciały zakłócać tego, co czekało na nich przy Kappie-7.

– Skan bezpieczeństwa nie daje niczego – powiedziała Mia po chwili, wpatrując się w dane. – Komputery stacji nie odpowiadają. Sygnał jest uruchamiany ręcznie.

– Czyli ktoś tam jest – mruknął Julek.

Luna nie odpowiedziała od razu. Obserwowała zbliżającą się stację i miała wrażenie, że ciemne okna patrzą na nich równie uważnie jak ona na nie. Potem na jednym z monitorów pojawił się obraz wnętrza: rozmazany korytarz, metaliczne ściany, zawieszone w bezruchu drobiny kurzu.

I coś w tym korytarzu drgnęło.

Najpierw tylko cień, zbyt szybki, by go pewnie rozpoznać. Potem zarys sylwetki, ledwie widoczny w słabym świetle awaryjnych lamp. Człowiek? Automat? A może coś, co nie powinno mieć żadnego miejsca w opuszczonej stacji na skraju galaktyki?

Julek odsunął się od ekranu tak gwałtownie, że prawie strącił słuchawki. Luna poczuła, jak napięcie zaciska się wokół niej jak chłodna dłoń. Czerwona lampka na stacji mignęła jeszcze raz, dłużej, a potem na chwilę rozbłysła tak jasno, jakby ktoś właśnie zauważył ich obecność.

– Przygotować się do wejścia – powiedziała Luna cicho. – Schodzimy tam natychmiast.

W tej samej chwili lampka zgasła.

Cała Kappa-7 zapadła w mrok.