Na orbicie Epsilon Prime Dari, Rina i Leks przechwytują sygnał spoza znanych systemów. Gdy ruszają go zbadać, stacja milknie, a cień po drugiej stronie planety odpowiada im światłem.
Epsilon Prime nie znała ciszy. Kolonialne gniazdo zawieszone nad chmurami Liori pulsowało jak rozgrzany rdzeń: doki wyrzucały kolejne promy, magistrale transportowe drżały od pracy silników, a po stalowych korytarzach dzień i noc przepływały w jednym, nieustannym szumie.
W podziemnej strefie serwisowej ten gwar był tylko dalekim pomrukiem. To właśnie tam Dari, Rina i Leks uciekali po zmianach, kiedy stacja zaczynała śmierdzieć ozonem, metalem i zmęczeniem. Rozbierali uszkodzone moduły, składali własne układy z części wyłuskanych ze złomu orbitalnego i polowali na wszystko, co nie pasowało do zwykłego rytmu Epsilon Prime.
Tamtego wieczoru Rina siedziała nieruchomo nad panelem odbiorczym, z dłonią zawieszoną nad klawiaturą. Na ekranie pulsowała wąska linia zakłóceń, zbyt czysta, by uznać ją za szum.
„To znowu wróciło” - powiedziała cicho. „Dokładnie po jedenastu godzinach. Ten sam odstęp. Ten sam układ impulsów.”
Dari odstawił kubek z syntetyczną kawą i pochylił się bliżej. „Z floty?”
„Nie.” Rina pokręciła głową. „Nie ma żadnego znanego protokołu. Ani szyfru, ani nagłówka. Jakby ktoś mówił do nas przez coś, co nie powinno działać.”
Leks przesunął palcem po hologramie i przybliżył źródło transmisji. Na mapie orbity punkt jarzył się po drugiej stronie Liori, tam, gdzie cień planety zasłaniał skanery i tłumił sygnały. „To strefa promieniowania. Nikt tam nie kieruje anten bez powodu.”
Przez moment żart wisiał im na językach, ale sygnał był zbyt uporczywy, zbyt dokładny. Powtarzał się jak wezwanie, którego nie dało się już zignorować.
Dari wyprostował się pierwszy. „Stary satelita zwiadowczy nadal jest na orbicie cienia. Jeśli go uruchomimy, możemy odbić transmisję i sprawdzić, kto to nadaje.”
Rina spojrzała na niego uważnie. „Albo sprawimy, że nas zauważą.”
Mimo to ruszyli.
Śluza techniczna otworzyła się z sykiem, a potem zostali tylko oni, kombinezony, ciemność i lodowaty blask Liori odbijający się od paneli kadłuba. Satelita dryfował samotnie nad głębokim cieniem planety, z anteną przechyloną pod nienaturalnym kątem, jakby coś już wcześniej próbowało ją złamać.
Gdy się zbliżyli, komunikatory zamilkły naraz.
Leks zaklął pod nosem i uderzył w obudowę nadajnika. „To niemożliwe. Mamy pełne zasilanie.”
Wtedy antena satelity drgnęła.
Powoli, z mechaniczną pewnością obróciła się w ich stronę. Z głośników popłynął zniekształcony dźwięk, urwany na pół oddechu, jakby ktoś po drugiej stronie dopiero uczył się ludzkiego głosu.
Rina cofnęła się o krok.
Za ich plecami rozbłysła nagle biała poświata - ostra, zimna, dochodząca z przestrzeni po drugiej stronie Liori. Odbiła się od kadłuba satelity i na sekundę zamieniła wszystko w bezkształtny blask.
A potem z cienia rozległ się drugi sygnał. Odpowiedź.