Leon i Maja ruszają w kosmos na pokładzie rakiety dziadka i trafiają na tajemniczą, wulkaniczną planetę z niezwykłym znakiem i jeszcze dziwniejszym głosem.
Leon i Maja od dawna marzyli o wyprawie w kosmos, ale nie sądzili, że ich przygoda zacznie się już pierwszego dnia wakacji. Kiedy dziadek, wynalazca, zawołał ich do swojej pracowni, w jego głosie brzmiała taka tajemnica, że oboje od razu przestali się wiercić.
W samym środku ogrodu stała rakieta. Była tak wysoka, że jej nos znikał w koronach drzew, a srebrne boki odbijały słońce jak lustro. Dziadek poprawił okulary i mrugnął do nich porozumiewawczo.
– Zbudowałem ją specjalnie dla was. W środku czeka statek badawczy gotowy do lotu. Ale pamiętajcie: w kosmosie potrafi wydarzyć się wszystko.
Leon spojrzał na Maję. Maja spojrzała na Leona. Oboje jednocześnie uśmiechnęli się, choć serca waliły im jak szalone.
Kilka godzin później siedzieli już w kapsule sterowniczej. Przez bulaje migały gwiazdy, a ciemność za oknem była tak głęboka, że wydawała się bez końca. Silniki mruczały nisko, potem głośniej, aż rakieta drgnęła i oderwała się od Ziemi.
Dzieci nacisnęły nosami na chłodne szkło. Pod nimi szybko malały chmury, a przed nimi rozciągał się olbrzymi, lśniący kosmos.
Po kilku dniach podróży komputer pokładowy zapiszczał ostrzej niż zwykle.
"Niezidentyfikowana planeta wykryta. Warunki sprzyjające lądowaniu."
Leon wyprostował się pierwszy.
– Słyszałaś?
Maja już ściskała poręcz fotela.
– Widzisz to?
Za oknem pojawił się czerwony świat, jakby ktoś rozsypał na nim żar i popiół. Rakieta opadła miękko na rozgrzaną ziemię. Gdy właz się otworzył, do środka wpadło gorące powietrze pachnące dymem i siarką.
Na zewnątrz wszystko było niezwykłe. Podłoże miało kolor rdzy, z pęknięć wyrzucały w górę ogniste gejzery, a w ciemnym niebie migotały drobne iskry, jakby ktoś rozsypał garść świetlików. W oddali majaczył wielki krater, a przy jego krawędzi coś połyskiwało.
Leon pierwszy zauważył flagę zatkniętą na cienkim drążku. Na białym materiale ktoś namalował... ziemniaka.
– Kto stawia flagę z ziemniakiem na obcej planecie? – szepnęła Maja.
Ruszyli ostrożnie naprzód, z plecakami badawczymi na plecach. Każdy ich krok budził ciche drżenie gruntu. Gdy podeszli bliżej krateru, Leon dostrzegł ślady w czarnym pyle. Były ogromne, z trzema palcami, jakby zostawiło je stworzenie w butach rozmiaru pięćdziesiąt.
Wtedy z głębi krateru dobiegł ich głos.
Nie był ludzki. Nie brzmiał też jak robot. Był niski, chropowaty i tak dziwny, że Maja odruchowo chwyciła Leona za rękaw.
W tej samej chwili z ich rakiety rozległ się alarm.
"Obcy obiekt zbliża się szybko!"
Leon i Maja znieruchomieli. Patrzyli w ciemność pod sobą, gdy coś poruszyło się na dnie krateru i znów odezwało tym samym nieznanym głosem.