Czwórka przyjaciół odnajduje ukryty wśród asteroid statek, którego wnętrze nie powinno istnieć. Gdy przekraczają próg, kosmos za ich plecami cichnie, a przed nimi budzi się coś obcego.
Przestrzeń kosmiczna potrafiła być bezlitosna w swojej ciszy. Po wielu godzinach lotu przez pas asteroid nawet szum systemów pokładowych w „Argo” wydawał się zbyt głośny. Oskar siedział przy sterach z napiętymi ramionami, Lena wpatrywała się w panele nawigacyjne, Maks półprzytomnie obracał w dłoniach skaner, a Julia udawała, że nie walczy ze zmęczeniem. Patrol miał być rutynowy. Nie był.
To Lena pierwsza zobaczyła zakłócenie na monitorze. Wśród ciemnych, poszarpanych brył coś odbijało światło zbyt równo, zbyt gładko, by było skałą.
Oskar zmrużył oczy i skorygował kurs. Obiekt wyłonił się z cienia powoli, jakby sam decydował, kiedy pozwoli im siebie zobaczyć. Nie przypominał wraku. Był zbyt duży, zbyt symetryczny i zbyt dobrze ukryty między asteroidami. Metaliczna powierzchnia łapała dalekie błyski gwiazd, a wzdłuż kadłuba ciągnęły się znaki, których żadne z nich nie kojarzyło.
Julia już się podnosiła.
Oskar uruchomił skaner. Ekran zamigotał, po czym wypełnił się chaotycznymi liniami.
Obiekt dryfował nieruchomo, a jednak wszyscy mieli wrażenie, że ich obserwuje. Lena przybliżyła obraz i wtedy zauważyła panel wejściowy, niemal niewidoczny wśród rytmu obcych symboli. Jeden z nich pulsował słabo, jak odległe tętno.
Nie czekając na zgodę, zaczęła zakładać skafander. Julia rzuciła jej krótkie spojrzenie, po czym zrobiła to samo. Maks zaklął pod nosem, ale po sekundzie również wsunął dłonie w rękawy kombinezonu. Oskar został przy sterach tylko na chwilę dłużej, jakby jeszcze mógł uznać ten moment za pomyłkę i zawrócić wszystkich z powrotem do znanego świata.
Gdy śluza „Argo” otworzyła się z cichym syknięciem, do środka wdarła się martwa, lodowata ciemność. Czterech przyjaciół odbiło się od kadłuba i po chwili stanęło na powierzchni tajemniczego statku. Pod podeszwami skafandrów metal drżał ledwie wyczuwalnie, jakby coś głęboko wewnątrz wciąż pracowało.
Na pokładzie wejściowym znaki układały się w kręgi i ostre łuki, zbyt regularne, by uznać je za przypadkowe zarysowania. Lena wyciągnęła rękę, choć Oskar zdążył tylko powiedzieć:
Jej palce dotknęły jednego z symboli.
W tej samej chwili cały kadłub rozbłysł błękitnym światłem. Nie było to zwykłe podświetlenie ani awaryjny sygnał. To światło przepłynęło przez metal jak fala, przebiegło po asteroidach, odbiło się od ich hełmów i na moment zagłuszyło wszystko inne. Drzwi przed nimi poruszyły się z głuchym, długim jękiem.
Rozsunęły się.
Wnętrze statku było ciemniejsze niż kosmos za ich plecami, a jednak nie było puste. Korytarze oddychały światłem, które zmieniało barwę na ich oczach. Ściany pulsowały powoli, jakby reagowały na obecność intruzów. Każdy krok niósł się echem, ale echo wracało w dziwnym rytmie, niepasującym do żadnego ludzkiego odgłosu.
Maks zatrzymał się pierwszy.
Nikt mu nie odpowiedział.
Za ich plecami drzwi zaczęły się domykać. Z sykiem, zbyt spokojnym, zbyt pewnym siebie. Julia odwróciła się gwałtownie, ale szczelina między metalowymi skrzydłami była już tylko cienką linią światła.
Na panelu przed nimi zapalił się wąski pas zimnego blasku. Jeden po drugim rozchodziły się w głąb statku, jakby coś właśnie wskazywało im drogę. Albo prowadziło ich tam, gdzie nie powinni byli wejść.
Wtedy z mroku na końcu korytarza dobiegł ledwie słyszalny głos. Nie brzmiał jak ludzki. Nie brzmiał nawet jak mechaniczny. Był obcy w sposób, którego nie dało się nazwać.
I nagle wszyscy zrozumieli, że statek nie jest martwy.