Marek i Kaśka trafiają na rejs-bal pełen absurdów, gdzie kapelusze, kaczki i tajemnicze atrakcje szybko przestają być najdziwniejszą rzeczą na pokładzie.
Nad Odrą schodził ciepły wieczór, lepki od zapachu wody i rozgrzanego asfaltu. Marek krążył po mieszkaniu Kaśki jak pies w małym mieszkaniu, który wie, że ktoś zaraz zamknie drzwi i zabierze mu jedyną szansę na przygodę.
– No chodź. To sobota. Życie samo się nie znudzi – mówił, opierając się o framugę. – Możemy pójść do baru, możemy się kłócić o muzykę, możemy nawet udawać piratów, jeśli bardzo chcesz.
Kaśka nie odrywała wzroku od herbaty.
– Udawaliśmy piratów tydzień temu – powiedziała. – Ty skończyłeś z patelnią na głowie, a ja z rachunkiem, którego nikt nie chciał uznać za historyczny dokument.
Marek już otwierał usta, żeby odpowiedzieć czymś szczególnie błyskotliwym, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Kurier podał mu kopertę bez słowa, jakby dostarczał nie list, tylko wyrok. W środku leżały dwa bilety na imprezę: „Statek Dziwactw. Bal Szalonych Kapeluszy”.
Marek uniósł je triumfalnie.
– Widzisz? Los ma poczucie humoru. Musimy tam iść.
Kaśka przeczytała napis dwa razy, potem spojrzała na niego tak, jak patrzy się na człowieka, który właśnie znalazł klucz do piwnicy i uznał to za znak od wszechświata. Mimo to godzinę później stała już przed lustrem w różowym berecie, a Marek z dumą poprawiał na głowie kapelusz w kształcie pizzy, który wyglądał tak źle, że aż dobrze.
Na przystani czekał statek o burtach pomalowanych na głęboki granat, z iluminacjami migoczącymi jak rozbawione oczy. Przy trapie stała hostessа w stroju, który rzeczywiście przypominał skrzyżowanie flaminga z kucharzem. Uśmiechnęła się szeroko, niemal zbyt szeroko.
– Tylko jedna zasada – powiedziała, wskazując wejście. – Tu nie ma zasad.
Już po kilku krokach Kaśka zobaczyła parkiet pełen tańczących kaczek w melonach, zebr w pasiastej konfekcji i ludzi, którzy najwyraźniej uznali, że normalność została na brzegu. Z głośników płynęła salsa, kelnerzy żonglowali tartami, a ktoś przy barze śmiał się tak głośno, jakby właśnie wygrał własny spór z rzeczywistością.
– Wiedziałem – szepnął Marek, ściskając jej dłoń. – To nie jest zwykła sobota.
Wtedy światła przygasły. Z głośników trzasknęło, a przez megafon przeciągnął się głos kapitana:
– Szanowni pasażerowie, zbliżamy się do najważniejszego punktu rejsu. Proszę przygotować kapelusze na niespodziankę.
Z sufitu posypało się konfetti, potem coś cięższego i mokrego. Marek odruchowo spojrzał w górę. Na jego kapelusz spadł lepki, chłodny drobiazg, którego nie potrafił od razu rozpoznać.
– Kaśka… – zaczął.
W tej samej chwili z rufy rozległ się krzyk, tak ostry, że nawet muzyka jakby na moment ucichła. Głowy odwróciły się jednocześnie. Ktoś pobiegł pierwszy, potem wszyscy naraz, a pod pokładem coś ciężko zarysowało się w ciemności, jakby statek właśnie obudził coś, co wcale nie miało brać udziału w balu.