Piętnastoletnia Lena spotyka się z Bartkiem i Zuzką w opustoszałym centrum miasta. Kiedy gaśnie światło, w jej dłoniach budzi się coś, czego nie potrafi jeszcze nazwać.
Przez brudne szyby podziemnego przejścia miasto wyglądało jak rozmazany obraz. Neon nad wejściem mrugał nerwowo, a wilgoć sączyła się po kafelkach cienkimi smugami. Lena wciągnęła kaptur głębiej na czoło i zwolniła dopiero przy schodach prowadzących na poziom -1. Nie lubiła tego miejsca. Było za ciche jak na środek tygodnia, za puste jak na centrum, które kiedyś nie zasypiało nawet po północy.
Stare biurowce po obu stronach alei stały ciemne, z zasłoniętymi oknami i plakatami odklejającymi się od ścian. Na mokrym betonie odbijały się światła pojedynczych latarni, a z oddali dobiegał tylko głuchy pomruk ulicy. Lena spojrzała na ekran telefonu. Jedna wiadomość od Bartka: „Przyjdź. Serio. Musisz to zobaczyć”. Bez wyjaśnień. Jak zwykle.
Za rogiem, przy zardzewiałej barierce, czekali już oni. Bartek opierał się o ścianę z miną człowieka, który zna tajemnicę i nie zamierza jej zdradzić od razu. Obok niego Zuzka trzymała aparat przy piersi, jakby nawet tu nie chciała go odkładać. Na jej twarzy widać było ten sam błysk, który pojawiał się zawsze, gdy wyczuwała coś dziwnego.
Lena zatrzymała się przed nimi i skrzyżowała ręce.
– Jeśli to znowu jakiś głupi żart, to wracam do domu – powiedziała.
Bartek uśmiechnął się krzywo.
– Gdybym żartował, nie ściągałbym cię tutaj o tej porze.
– A właśnie że ściągnąłbyś – mruknęła Lena.
Zuzka uniosła aparat i pokazała palcem ciemny korytarz za plecami schodów.
– Coś tu jest – powiedziała ciszej, niż Lena się spodziewała. – Albo ktoś.
– „Coś” nie jest odpowiedzią – Lena zerknęła w mrok. – Możecie mówić normalnie?
Bartek odsunął się od ściany i podszedł bliżej.
– Widziałem to przed chwilą. Na końcu przejścia. Jakby… iskry pod skórą powietrza. Nie takie od instalacji. Inne.
Lena prychnęła, ale spojrzała w tamtą stronę mimo woli. Tunel był długi i prosty, z jedną migającą lampą pośrodku. Na ścianach wisiały obdarte reklamy dawnych sklepów, a pod nimi ciągnęły się ciemne plamy po przeciekach. Nic niezwykłego. A jednak miała wrażenie, że coś obserwuje ich z końca przejścia.
– To pewnie przemęczenie – powiedziała, bardziej do siebie niż do nich.
Wtedy światło zamigotało po raz drugi. Najpierw zgasła jedna lampa, potem druga. Przez ułamek sekundy podziemne przejście wyglądało jak kadr wyrwany z filmu, a potem zapadła zupełna ciemność.
Lena wstrzymała oddech.
– Bartek? – odezwała się.
Nie odpowiedział od razu. Słyszała tylko szybki oddech Zuzki i ciche szuranie buta po mokrych kaflach.
– Jestem – powiedział w końcu Bartek, zbyt spokojnie jak na niego. – Nie ruszajcie się.
Ciemność była gęsta, prawie lepka. Lena wyciągnęła rękę przed siebie, ale nie widziała nawet własnych palców. Nagle poczuła w skroniach dziwne mrowienie, jakby powietrze wokół niej zaczęło wibrować. Zrobiło jej się gorąco, a potem bardzo zimno. Przez moment miała wrażenie, że coś przesuwa się tuż pod jej skórą.
I wtedy zobaczyła błękit.
Najpierw tylko cienką smugę po lewej stronie, jak odbicie błyskawicy w wodzie. Potem światło przesunęło się po ścianie i rozlało po tunelu chłodną poświatą. Lena odruchowo uniosła dłoń. Na jej palcach zatańczyły drobne iskry, nie większe niż pyłki kurzu, ale żywe, pulsujące własnym rytmem.
– Co to jest…? – wyszeptała.
– Lena? – głos Zuzki zabrzmiał nagle ostro. – Twoja ręka…
Lena spojrzała w dół i aż cofnęła się o krok. Nad jej skórą drżała niebieska łuna, jakby coś ukrytego pod dłońmi próbowało się wydostać. Nie bolało. Wręcz przeciwnie, czuła, jakby ktoś otworzył w niej drzwi, o których istnieniu nie miała pojęcia. Energia przesunęła się po jej nadgarstku i nagle zgasła, zostawiając za sobą ciszę tak ostrą, że aż dzwoniło w uszach.
Z głębi przejścia dobiegł dźwięk kroków.
Ktoś schodził po schodach bardzo szybko.
Lena odwróciła głowę w stronę ciemności, a Bartek chwycił ją za ramię. Zuzka uniosła aparat, jakby sama nie wiedziała, czy chce zrobić zdjęcie, czy uciekać. Kroki przybliżały się coraz wyraźniej, odbijając się od ścian tunelu. Jedna z lamp zamigotała jeszcze raz i na krótką chwilę oświetliła koniec przejścia.
Na stopniu schodów stała czyjaś sylwetka.