Kacper i latający naleśnik

Kacper kocha naleśniki, a wtorkowe śniadania najbardziej. Tym razem jeden naleśnik postanowił urządzić w ogrodzie prawdziwą ucieczkę.

Kacper mieszkał w małym, żółtym domku na końcu ulicy Tulipanowej. Najbardziej lubił wtorki, bo wtedy mama smażyła naleśniki z dżemem, miękkie i pachnące tak, że aż burczało mu w brzuchu.

Tego ranka Kacper usiadł przy stole, a mama zakręciła się w kuchni jak prawdziwa czarodziejka. Patelnie syczały, łyżka stukała, a Groszek, pies o uszach jak dwa klapnięte liście, kręcił się pod nogami i czekał na okruszek.

I właśnie wtedy stało się coś zupełnie niespodziewanego.

Mama podrzuciła naleśnika za wysoko. Bardzo za wysoko. Naleśnik mignął pod żyrandolem, odbił się od niego jak żółta piłeczka i cap! wylądował prosto na głowie Groszka.

Groszek zamrugał, kichnął z zaskoczenia, a naleśnik ześlizgnął mu się po uszach, po grzbiecie i dalej, prosto przez otwarte okno.

— Mój naleśnik! — zawołał Kacper i już pędził przez kuchnię.

Wypadł do ogrodu akurat w chwili, gdy naleśnik zaczął się kręcić w powietrzu jak złoty liść. Zawirował raz, drugi, trzeci i zamiast spaść, poleciał nad płotem.

— To nie jest zwykły naleśnik — wyszeptał Kacper.

Groszek zaszczekał tak głośno, że aż kura z sąsiedniego ogródka podskoczyła. Mama stanęła w oknie z dłonią przy ustach, a Kacper zrobił krok do przodu.

Wtedy z krzaków dobiegło ciche chichotanie.

Coś małego, żółtego i bardzo, bardzo okrągłego zamajaczyło między gałązkami i pomachało do Kacpra jakby znało go od dawna. Kacper zmrużył oczy.

— Ej... a ty kim jesteś? — szepnął.

A to coś tylko zachichotało jeszcze raz i schowało się głębiej w krzakach.