Julia i Michał wynajmują mieszkanie w starej kamienicy, gdzie zegary zachowują się jak żywe. Gdy jeden z nich zaczyna szepczeć, trafiają na zaszytą wskazówkę prowadzącą do piwnicy.
Stare Miasto nie zasypiało nawet późnym wieczorem, ale podwórze kamienicy pod Zegarem trwało w osobnym, dziwnie przytłumionym rytmie. Julia i Michał, świeżo upieczeni studenci archeologii, wnosili do mieszkania ostatnie pudła, jakby przekraczali próg nie tyle lokalu, ile czyjejś dawno porzuconej pamięci.
Pokój był niewielki, lecz miał w sobie coś niepokojąco eleganckiego: wysokie okna, skrzypiący parkiet i zegary. Nie jeden, nie dwa. Stały na komodzie, wisiały na ścianach, tkwiły nawet na drzwiach łazienki, jakby czas został tu rozczłonkowany i rozstawiony po kątach. Julia zatrzymała się przy najbliższym z nich. Kurz osiadł na tarczy grubą warstwą, ale wskazówki poruszały się z uporem, który nie pasował do martwego przedmiotu.
Michał podszedł do największego zegara stojącego w rogu. Mosiężna tabliczka pod szybą nosiła wyryty napis: „Czas tu nie płynie jak gdzie indziej”. Przesunął po nim palcem i poczuł pod opuszką ledwie wyczuwalną rysę, jakby ktoś otwierał obudowę znacznie częściej, niż wypadałoby przy takim eksponacie.
Wieczór minął im na rozpakowywaniu i prowizorycznej kolacji z kartonów po pizzy. Za oknami miasto cichło powoli, lecz w mieszkaniu tykanie narastało, splatało się i rozchodziło po ścianach z niepokojącą precyzją. W końcu Julia podniosła głowę.
Jeden z zegarów nie tykał. Pukał.
Najpierw cicho, niemal uprzejmie, potem coraz wyraźniej, jakby ktoś z drugiej strony szkła próbował dać im znak. Michał rzucił półuśmiech, ale szybko zgasł mu na twarzy.
Kiedy zbliżyli się do komody, pukanie urwało się nagle. W ciszy zabrzmiał szept, suchy i stłumiony, wydobywający się spod zamkniętej koperty mechanizmu. Julia odsunęła palce od drzwiczek, ale było już za późno. Szkło rozjarzyło się bladym, seledynowym światłem, wskazówki szarpnęły się gwałtownie i cofnęły o dwie godziny.
Na ścianie, tuż nad zegarem, przeciągnął się cień. Nie był to zwykły cień mebla ani ich własny. Miał zarys postaci i coś w dłoni, długie, wąskie, niepodobne do niczego, co powinno wisieć w ciemności.
Michał uniósł telefon, lecz ekran zgasł, jakby ktoś wyciągnął z niego resztkę prądu. Z wnętrza zegara wysunęła się starannie złożona, pożółkła kartka i spadła na podłogę między nimi.
Julia podniosła ją pierwsza. Na papierze widniał zapisany drobnym, nierównym pismem kod i szkic schodów prowadzących w dół, pod mieszkanie, pod kamienicę, w stronę piwnicy, o której właściciel nie wspomniał ani słowem.
W tej samej chwili z klatki schodowej dobiegł ciężki, powolny odgłos kroków. Ktoś szedł w ich stronę.