Kamienny Krąg na Wieży Wichrów

Siedemnastoletnia Lena od dawna śni o opuszczonej wieży zegarowej i kamiennym kręgu ukrytym na jej szczycie. Kiedy wraz z przyjaciółmi wchodzi do środka, stare runy budzą magię, która zaczyna wymykać się spod kontroli.

Jesienny wieczór spływał na miasto jak chłodna mgła przetykana światłem latarni. Lena szła szybko, z zeszytem w czarnej oprawie przyciśniętym do boku, i ani razu nie obejrzała się za siebie. Wiedziała, że jeśli wróci za późno, ktoś znowu będzie pytał, gdzie była. Dzisiaj nie miała ochoty odpowiadać.

Na placu przed opuszczoną wieżą czekali już na nią przyjaciele. Stare mury, obrośnięte bluszczem i przyciemnione wilgocią, wyglądały jak wyrwany z miasta kawałek czegoś starszego niż pamięć. Igor oparł się o zardzewiałą furtę, z tym swoim krzywym uśmiechem człowieka, który zawsze pierwszy pcha się tam, gdzie nie powinien. Marta nerwowo poprawiała pasek plecaka. Olek stał trochę z tyłu, wyciągając latarki i dwie tabliczki czekolady, jakby to miało uspokoić świat.

– No? – spytał Igor cicho. – Nadal chcesz to zrobić?

Lena skinęła głową, choć serce waliło jej tak mocno, że aż bolało.

Od tygodni wracał do niej ten sam obraz: krąg szarych kamieni na szczycie wieży, cienkie linie znaków wijące się po ich powierzchni i błękitne światło drgające gdzieś pod nimi, jak oddech ukrytego ognia. Za każdym razem budziła się z tym dziwnym wrażeniem, że coś ją woła po imieniu.

Wnętrze wieży przyjęło ich zapachem kurzu, stęchłej cegły i zimnego kamienia. Wąskie schody wiły się spiralnie w górę, a każde ich uderzenie o stopnie wracało echem, jakby ktoś szedł tuż za nimi. Lena trzymała dłoń na poręczy, szorstkiej i wilgotnej, i z każdym piętrem miała coraz silniejsze wrażenie, że powietrze robi się gęstsze, cięższe, naładowane czymś, czego nie umiała nazwać.

Na szczycie wieży przestrzeń nagle się otworzyła. Nie było tu dachu, tylko nocne niebo i wiatr, który wpadał przez wybite otwory w murze. Pośrodku kamiennej platformy stał krąg z siedmiu głazów. Pokrywały je znaki tak stare, że bardziej przypominały blizny niż rysunki.

Marta od razu przystanęła.

– To nie wygląda jak ruiny – szepnęła. – To wygląda, jakby ktoś wciąż z tego korzystał.

Igor podszedł bliżej i dotknął jednego z kamieni. Natychmiast cofnął rękę.

– Jest ciepły.

Lena otworzyła zeszyt. Strony zaszeleściły same, chociaż nie było wiatru. Na papierze widniały te same znaki, które widziała we śnie, zapisane jej własnym pismem, choć nie pamiętała, kiedy je narysowała. Litery i symbole zaczęły drżeć, jakby coś po drugiej stronie papieru usiłowało przebić się na zewnątrz.

– Lena... – odezwał się Olek zbyt cicho. – Twoje ręce.

Spojrzała w dół. Między palcami migotało blade światło, najpierw słabe, potem coraz ostrzejsze, aż zeszyt aż zatrząsł się w jej dłoniach. W tym samym momencie kamienny krąg odpowiedział głuchym pulsowaniem. Jeden znak po drugim rozjarzył się chłodnym błękitem.

Wiatr uderzył w nich z taką siłą, że Marta straciła równowagę. Igor zaklął, łapiąc się najbliższego głazu. Olek odskoczył, zasłaniając twarz ramieniem. Lena spróbowała zrobić krok w tył, ale coś ją zatrzymało. Powietrze wokół kręgu zgęstniało jak szkło.

Kamienie zaczęły drżeć.

Wtedy na schodach rozległ się ciężki, zdecydowany krok. Potem drugi. Ktoś wspinał się szybko, prosto ku nim.

Lena odwróciła głowę, a błękitne światło z kamieni nagle rozbłysło tak mocno, że na moment niczego poza nim nie widziała.