Pan Fryderyk ma kapelusz, który nigdy nie zachowuje się normalnie. Gdy idzie z nim do parku, dzieje się coś tak dziwnego, że nawet gołębie przestają gruchać.
W kolorowym miasteczku mieszkał Pan Fryderyk. Miał brodę puszystą jak wata cukrowa, okulary wielkie jak dwa spodki i kapelusz, którego nie dało się pomylić z żadnym innym. Był ogromny, w kratkę, z piórkiem na boku i dzwoneczkiem pod rondem. A jeśli Pan Fryderyk kichnął, dzwoneczek natychmiast dzwonił: dzyń-dzyń!
Tyle że ten kapelusz nie zachowywał się jak zwykły kapelusz. Rano czasem leżało w nim ciasteczko. Innym razem piórko łaskotało go w czoło. A pewnego dnia Pan Fryderyk znalazł w środku małą żabkę, która patrzyła na niego tak poważnie, jakby sama była kapelusznikiem.
Pewnego słonecznego dnia Pan Fryderyk poszedł z kapeluszem do parku. Usiadł na ławce, wysypał garść okruszków dla gołębi i zaczął cichutko nucić swoją najśmieszniejszą piosenkę. Gołębie zaraz podreptały bliżej, kiwając łebkami.
Nagle kapelusz drgnął.
Najpierw raz. Potem drugi.
– Hm? – mruknął Pan Fryderyk i zajrzał pod rondo.
Kapelusz aż podskoczył na jego głowie, zakręcił się w miejscu i wybuchnął śmiechem.
– Hihihi! – zapiszczał tak głośno, że jedno gołębie piórko spadło prosto na nos Zosi, która właśnie usiadła na sąsiedniej ławce.
– On się śmieje jak żaba! – zawołała dziewczynka i klasnęła w dłonie.
W tej samej chwili kapelusz poderwał się w górę, zafurkotał jak wielki ptak, zrobił trzy koziołki nad głową Pana Fryderyka i zawisł na najwyższej gałęzi starego drzewa.
Pan Fryderyk, Zosia i wszystkie gołębie zamarli z otwartymi buziami.
A potem z kapelusza dobiegło ciche, tajemnicze:
– KUM-KUM!