Kiedy mury szepczą

Siedemnastoletnia Lena odkrywa w praskiej kamienicy ślady dawnych mieszkańców i głos, który zna jej imię.

Praga po deszczu pachniała mokrym kamieniem, starym tynkiem i liśćmi przyklejonymi do bruku. Lena znała tę drogę na pamięć, a jednak tamtego listopadowego wieczoru wszystko wyglądało inaczej. Kamienice przy wąskich ulicach wydawały się wyższe niż zwykle, ciemniejsze, jakby pochylały się nad nią i zapamiętywały każdy jej krok.

Od kiedy z mamą przeprowadziły się na Starówkę, czas w tym miejscu płynął jakby pod prąd. Rano dzwony rozcinały ciszę, wieczorem miasto milkło tak nagle, że Lena miała wrażenie, iż ktoś po prostu wyłącza dźwięk. Nie miała tu nikogo poza Mają z klasy, która bez przerwy mówiła o studiach, wyjazdach i planach na przyszłość. Lena słuchała, ale coraz częściej myślała o czymś innym: że chciałaby umieć patrzeć głębiej, dostrzegać to, co zwykle umyka między jedną ulicą a drugą.

Kiedy autobus zatrzymał się przy ich przystanku, światło w bramie kamienicy zamigotało trzy razy, po czym przygasło do bladego, nerwowego pulsowania. Lena skrzywiła się i wsunęła dłonie głębiej do kieszeni. Przy drzwiach siedział kot sąsiadki z naprzeciwka, szary jak dym.

— Alfred — mruknęła, schylając się, żeby pogłaskać go po głowie.

Kot nie ruszył się ani o centymetr. Wpatrywał się w ciemny korytarz tak uważnie, że Lena odruchowo podniosła wzrok. Za jej plecami deszcz uderzał o szybę wejścia, a w środku panował chłód, który nie miał nic wspólnego z pogodą. Gdy przekroczyła próg, żarówka nad schodami zasyczała i zgasła całkiem.

Lena włączyła latarkę w telefonie. Snop światła przesunął się po obdrapanych ścianach, starych poręczach i tablicy z nazwiskami lokatorów. Nic niezwykłego. A jednak po chwili usłyszała coś jeszcze: cichy szmer, jak oddech wypowiadany tuż przy uchu.

— Lena...

Zamarła. Alfred wbił pazury w jej but, jakby próbował ją zatrzymać. Dziewczyna obróciła latarkę w stronę ściany obok tablicy i wtedy zobaczyła coś, czego nie powinno tam być: cień wysokiego chłopaka w długim, starym płaszczu. Przez ułamek sekundy wydawało się, że patrzy prosto na nią.

Mrugnęła. Sylwetka zniknęła, ale po korytarzu nadal przesuwało się echo czyjegoś szeptu. Na półpiętrze żarówka zamigotała znów, tym razem rytmicznie, jak sygnał. Lena zrobiła krok w stronę schodów. Za nią Alfred cicho odbił od posadzki i poszedł razem z nią, a z góry, z miejsca, którego nie widziała, dobiegł ją kolejny szept, wyraźniejszy i bliższy niż wcześniej.