Na uczelni Ignacego Bernarda krąży plotka o zamkniętym skrzydle. Gdy podczas nocnego powrotu z biblioteki Basia zauważa światło pod żelaznymi drzwiami, ciekawość bierze górę.
Zanim zaczęły się zajęcia, uczelnia imienia Ignacego Bernarda była dla mnie tylko kolejnym ciężkim gmachem w centrum miasta. Potem pojawiłem się tam ja, Michał, razem z Basią, Markiem i Weroniką, i już po pierwszym tygodniu przestała wyglądać zwyczajnie. W murach było coś, co nie pasowało do planu budynku ani do rozsądku.
Najwięcej mówiło się o zakazanym skrzydle. Długi, gotycki korytarz kończył się tam potężnymi żelaznymi drzwiami, zawsze zamkniętymi, zawsze chłodnymi od wilgoci, jakby uczelnia od dawna próbowała odciąć ten fragment od reszty świata. Studenci powtarzali historię o skrzydle zamkniętym od ponad stu lat, ale zwykle kończyło się na śmiechu i wzruszeniu ramionami. Nikt nie lubił przyznawać, że takie miejsca naprawdę potrafią budzić niepokój.
Pewnego wieczoru wracaliśmy z biblioteki później, niż planowaliśmy. Korytarze były prawie puste, światła przygaszone, a echo naszych kroków brzmiało zbyt głośno. Wtedy Basia nagle stanęła jak wryta i chwyciła mnie za rękaw.
Pod drzwiami zakazanego skrzydła przesączała się wąska kreska światła.
Przez kilka sekund nikt się nie odezwał. Marek pierwszy przełknął ślinę i spojrzał na nas z tym swoim dziwnym połączeniem ekscytacji i strachu.
Nim ktokolwiek zdążył go uciszyć, Basia zrobiła krok do przodu. Położyła dłoń na zimnym metalu i nacisnęła lekko. Drzwi, zamiast stawić opór, ustąpiły z przeciągłym, żałosnym skrzypnięciem. Cofnęliśmy się odruchowo, ale ciekawość była silniejsza niż rozsądek. Weszliśmy do środka.
Za progiem panował półmrok. Powietrze pachniało kurzem, starym tynkiem i czymś jeszcze, czego nie umiałem nazwać. Na końcu korytarza migotało złotawe światło, zbyt ciepłe jak na to miejsce. Z każdym krokiem miałem wrażenie, że ściany zwężają się wokół nas, a cisza staje się coraz cięższa.
Światło prowadziło do wysokiego lustra stojącego samotnie pośrodku pustej sali. Jego rama była misternie rzeźbiona, opleciona liśćmi i cierniami, ale tafla nie odbijała tego, co powinna. Nie widziałem w niej naszych twarzy.
Widziałem kogoś innego.
Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, za naszymi plecami rozległ się cichy, urwany oddech i dźwięk drzwi powoli zamykających się z powrotem. Odwróciliśmy się jednocześnie. W odbiciu lustra ktoś stał już tuż za nami.