Klasa po godzinach

Czwórka studentów trafia na zapomnianą salę w starym gmachu uniwersytetu i znajduje przedmiot, który wyraźnie nie miał tam czekać na nikogo.

W starym gmachu uniwersytetu, gdzie farba łuszczyła się z parapetów, a korytarze pachniały kurzem i wilgocią, Lena, Michał, Szymon i Patrycja stanowili osobną ekipę. Zawsze razem, zawsze w ostatnim rzędzie na historii, zawsze z tym samym błyskiem w oczach, kiedy ktoś wspominał o czymś, czego nie dało się łatwo wyjaśnić.

Tamtego popołudnia biblioteka była już prawie pusta. Lena zamknęła książkę o dawnych rytuałach z wyraźnym rozczarowaniem, jakby ktoś wyrwał jej z rąk niedokończoną rozmowę z przeszłością. Szymon siedział przy katalogach, przekładał pożółkłe kartki i nagle zastygł.

Rozłożył kartkę na stole. Rysunek był krzywy, miejscami starty, jakby ktoś nosił go złożonego w kieszeni przez lata. W jednym z narożników widniało pomieszczenie oznaczone jako 27B. Problem w tym, że na ich piętrze istniała tylko sala 27.

Patrycja zmrużyła oczy.
- Albo ktoś się pomylił, albo ktoś chciał, żebyśmy uwierzyli, że to pomyłka.

Michał uśmiechnął się krótko, bez wesołości.
- A może ktoś naprawdę nie chce, żeby ktokolwiek tam wchodził.

Nikt nie zaprotestował. To było w nich najsilniejsze - to wspólne, ciche przyciąganie do rzeczy, których inni woleli nie dotykać. Zwinęli plan, przemknęli między regałami i wyszli na pusty korytarz starszego skrzydła, tego, do którego studenci zaglądali rzadko i niechętnie.

Tutaj podłoga skrzypiała przy każdym kroku. Na ścianach wisiały wyblakłe zdjęcia roczników sprzed dekad, dyplomy w pękniętych ramach i tabliczki z numerami sal, które dawno straciły połysk. Im dalej szli, tym ciszej robiło się wokół, jakby budynek sam wstrzymywał oddech.

Drzwi z numerem 27 stały na końcu korytarza. Nie wyglądały wyjątkowo, a jednak coś w nich było nie w porządku. Zwykły numer, zwykła klamka, tylko pod szczeliną przy podłodze tliła się wąska smuga czerwonego światła.

Lena zatrzymała się pierwsza.
- Czujecie to? - szepnęła. - Jakby... spalenizna.

Szymon położył dłoń na klamce. Drzwi ustąpiły o centymetr, po czym z trzaskiem wróciły na miejsce.

Patrycja już kucała przy plecaku.
- Mam coś, co może pomóc.

Wyciągnęła cienki metalowy wytrych i przez chwilę wszyscy patrzyli na nią w milczeniu.
- Nie pytajcie - dodała. - To długa historia.

Chwilę później zamek cicho kliknął. Drzwi otworzyły się szerzej, niż powinny, i uderzył ich chłód. W środku panował półmrok, rozcięty jedną smugą światła wpadającą przez zakurzone okno. Sala była pusta tylko na pierwszy rzut oka.

Na środku stał mały, ciężki kuferek, okuty ciemnym metalem i pokryty znakami, które wyglądały jak połączenie liter, symboli i czegoś, czego żadne z nich nie umiało nazwać. Obok leżał zardzewiały klucz. A na złożonej kartce papieru ktoś napisał ręcznie: „Nie otwieraj, jeśli nie jesteś gotowy poznać prawdy”.

Michał zrobił krok naprzód.

I wtedy z wnętrza kuferka dobiegło ciche, wyraźne pukanie.