Klasa pod kluczem

Zwyczajny dzień w liceum kończy się w chwili, gdy 3C nie może wyjść z sali. Potem pojawia się na tablicy dziwny komunikat, a szkolny spokój zaczyna pękać.

Kiedy po matematyce zadzwonił ostatni dzwonek, nic nie zapowiadało kłopotów. 3C ruszyła do wyjścia z tym samym ospałym szelestem plecaków i krzeseł, który towarzyszył końcowi każdej lekcji. Zuzanna zbierała kartki z notatkami, Adam półgłosem rozbrajał Bartka kolejnym komentarzem, a Julia, jak zwykle bardziej w środku niż na zewnątrz, spojrzała przez okno na jasne boisko tonące w popołudniowym słońcu. Nauczyciel wyszedł pierwszy, złapany przez telefon z sekretariatu. Drzwi zamknęły się za nim miękko, bez trzasku.

Gdy uczniowie podeszli do wyjścia, okazało się, że klamka nie reaguje. Bartek szarpnął raz, potem drugi, już mniej dla próby, a bardziej na pokaz. Drzwi nawet nie drgnęły. Ktoś rzucił, że to pewnie zamek się zaciął, ktoś inny, że woźny znowu zrobił głupi żart. Ale śmiech szybko przygasł, bo metal był zimny i martwy, a skrzydło drzwi stało nieruchomo, jakby zaryglowane od drugiej strony.

Minuty zaczęły się rozciągać. Julia wyjęła telefon i spróbowała zadzwonić do wychowawczyni, lecz na ekranie zgasły kreski zasięgu. Zuzanna podeszła do okna, chcąc wołać na korytarz, ale za szybą panowała osobliwa cisza. Nie było kroków, głosów, stukotu szafek. Tylko szkolny dziedziniec skąpany w świetle i zbyt pusty jak na porę przerwy. Adam próbował jeszcze rozładować napięcie żartem o duchach, jednak sam pierwszy przestał się uśmiechać.

Wtedy na tablicy, między równaniami zapisanymi kredą, pojawiły się litery. Jedna po drugiej, jakby ktoś pisał je niewidzialną ręką: „Znajdź przedmiot, którego nie ma, zanim będzie za późno”. Bartek odskoczył od ławki, Zuzanna chwyciła Julię za nadgarstek, a Adam odruchowo sięgnął po gąbkę. Napis nie rozmazał się ani trochę. Tablica była lodowato gładka, jakby nie należała już do ich klasy.

Na środku sali odezwało się stare radio, które od miesięcy nie powinno działać. Zaskrzeczało, a potem, zza zamkniętych drzwi, rozległ się cichy szept: „Czas ucieka...”