Wesoła opowieść o Kapeluszniku Kacprze, który przed wielkim pokazem kapeluszy musi poradzić sobie z garnkiem na głowie, śmiechem Sabinki i bardzo dziwnym kapeluszem.
W samym środku kolorowego miasteczka Czerwonego Guzika stał sklep z kapeluszami. Prowadził go Kapelusznik Kacper: z rudymi wąsami, zielonym fartuchem i głową pełną pomysłów. Jego kapelusze były przeróżne: jedne miały dzwonki, inne skręcone rondka, a jeden podobno śpiewał piosenkę o deszczu, gdy tylko poczuł chmurę.
Tego ranka Kacper zerwał się z łóżka jeszcze przed słońcem. To był wielki dzień. Na rynku miał się odbyć pokaz kapeluszy, na który przyszliby wszyscy mieszkańcy, a nawet burmistrz Bladzioch. Kacper poprawił muszkę, otworzył szeroko drzwi i zawołał srokę Sabinkę, żeby pomogła mu ustawić stoisko. Sabinka kochała wszystko, co błyszczało, więc co chwila podkradała cekin, guzik albo piórko i chowała je do dzioba, udając bardzo niewinną.
Gdy kapelusze już prawie stały równo, do sklepu wpadł zadyszany Zdzisio Żuk. Na głowie miał garnek, który błyszczał jak nowiutka moneta. – Kacprze, ratuj! – sapnął. – Chciałem zrobić sobie elegancki kapelusz, a garnek przykleił się do mnie jak uparciuch! – Zdzisio wyglądał tak komicznie, że Sabinka aż zapiszczała ze śmiechu i strąciła z lady całe naręcze kolorowych piórek.
Kacper już wyciągał ręce, żeby pomóc Zdzisiowi, kiedy Sabinka nagle zamarła. Jeden z kapeluszy na wystawie sam się poruszył. Ten największy, z długimi króliczymi uszami, najpierw lekko drgnął, potem przesunął się o kawałek, a po chwili rozległo się z jego środka ciche chichotanie.
Sabinka przechyliła łebek. Kacper przestał pomagać Zdzisiowi. W sklepie zrobiło się tak cicho, że słychać było tylko cichutkie: chichichi... a potem kapelusz z króliczymi uszami podskoczył jeszcze raz, wyżej niż wcześniej.