Kłopotliwy Klub Kapeluszy

Kacper zakłada w 5B Klub Kapeluszy. Pierwsze spotkanie w szkolnej szatni zaczyna się od śmiechu, a kończy na tajemniczej puszce, mapie i czymś, co porusza się w cieniu.

W poniedziałek rano Kacper był już na nogach, choć reszta domu dopiero ziewała nad kubkami z kakao. Na jego łóżku i krześle piętrzyły się kapelusze: jeden z wielkim rondem, jeden z piórami, jeden przekrzywiony tak bardzo, jakby zaraz miał spaść na podłogę, jeden cały w brokacie i piąty, po dziadku, trochę za duży i zdecydowanie za bardzo pachnący naftaliną.

Dla Kacpra to był dzień wielki. A właściwie: kapeluszowo wielki. Wreszcie miał zaprosić Gabrysię i Maksa do Klubu Kapeluszy, który wymyślił w sobotę, podczas nudnej lekcji matematyki. Plan był prosty i, jego zdaniem, genialny: każdy zakłada inny kapelusz, a potem wymyśla zadanie dla pozostałych. W 5B miało być wesoło, trochę absurdalnie i zupełnie inaczej niż zwykle.

Gdy szkolny dzwonek zagrzmiał w korytarzach, Kacper przemknął do szatni, ściskając pod pachą karton pełen śmiesznych nakryć głowy. Gabrysia była już na miejscu. Miała na czubku głowy mały kapelusik z pomponem, który wyglądał, jakby sam chciał się śmiać. Chwilę później wpadł Maks, niosąc pod kurtką coś zawiniętego w szalik.

– Tajemny klub spotyka się w tajemnym miejscu – wyszeptał grobowym tonem, chociaż wcale nie wyglądał na groźnego.

– To jest szatnia, Maku – prychnęła Gabrysia. – Ale jeśli dobrze pójdzie, zaraz zamieni się w centrum niezwykłych zdarzeń.

– Albo przynajmniej w centrum bałaganu – mruknął Kacper, ale też się uśmiechał.

Wyjął spod ławki stary karton i rozłożył kapelusze. Na wierzchu leżała kartka z napisem: „Wyzwanie nr 1: Znajdź coś niezwykłego w szkolnej szatni!”.

– Niezwykłego? – Gabrysia rozejrzała się po rzędach butów, kurtkach i mokrych rękawiczkach. – Tu najwyżej można znaleźć zgubioną skarpetkę.

Maks już miał odpowiedzieć, kiedy nagle zamilkł. Zamiast tego podszedł do jednej z nauczycielskich szafek, której drzwiczki były uchylone o włos.

– Eee… Kacper? Gabrysiu? – szepnął.

W środku stała metalowa puszka obklejona naklejkami z flamingami. Na wieczku ktoś przykleił napis: „SNACKZ”.

– To chyba nie jest szkolny schowek na kanapki – powiedziała Gabrysia ciszej niż zwykle.

Kacper nie zdążył nawet pomyśleć, czy powinien ją zamknąć. Już podnosił wieczko.

W puszce nie było chipsów.

Były tylko pióra. Kilka jasnych piór, zmięta kartka i rysunek przypominający fragment mapy. A pod nim czarnym, krzywym pismem widniały słowa: „Tylko dla zakapturzonych!”.

W tej samej chwili coś zaszeleściło w kącie szatni.

Gabrysia odskoczyła tak gwałtownie, że jej pompon zakołysał się jak alarm. Maks zrobił krok w tył i wylądował za ławką. Na siedzisku obok kartonu coś drgnęło. Potem jeszcze raz.

Kacper wstrzymał oddech.

Cień przesunął się po podłodze i zatrzymał tuż przy ich kapeluszach.